Integracja

Z racji na medyczne wykształcenie Eliza podjęła się opatrywania ran. Przyniosła z łazienki domową apteczkę , wyjęła gazy i środki odkażające. Zmarszczyłem twarz kiedy wylała mi wodę utlenioną na ręce. Charakterystyczne białe burzyny wypełniły wnętrze dłoni zanim zaczęły skapywać do podstawionej miski.
- Szczypie? – zapytała opiekuńczym głosem. No i teraz dochodzi do głosu męskie ego.
- Absolutnie! – odparłem pewnym głosem. Wtedy ponownie podlała ranę. Zacisnąłem zęby tak mocno, że aż zgrzytnęło w jamie ustnej.
- Nie udawaj twardszego niż jesteś. Kobiety tego nie lubią… – skomentowała z uśmiechem.
- W takim razie szczypie jak sam skurwensyn, możesz już nie lać?! – poprosiłem w nerwach.
Niczym Doktor Quinn owinęła bandaż kilkukrotnie wokół nadgarstka. Następnie zaczęła bandażować dłoń wzdłuż, przytrzymując z obu stron aby uniknąć przesunięcia materiału. Kilka ruchów w poprzek i większość powierzchni dłoni zostało przykryte opatrunkiem. Chwyciła końcówkę bandaża w zęby i umiejętnie rozdarła go aby przewiązać supeł i usztywnić staw.
- No sąsiad, druga łapka. Później dostaniesz znieczulenie.
- Dokładnie. – dodała Sylwia, która stojąc w drzwiach wejściowych do pokoju przechyliła szklankę ze złotym trunkiem.
- Co pijesz?- zapytałem bez chwili zastanowienia.
- Daj jej drugą łapkę jak prosi a potem o tym pogadamy ok?
- Pijesz whiskey wredoto, podziel się!
- Jak dasz jej łapkę i nie będziesz płakusiał, że szczypie.
O żeż ty mała diablico, pomyślałem w głowie. Zapraszałem do siebie, podejmowałem wykwintnymi trunkami, wódki szukało się za kanapą i taka terrorystka wyrosła? Eliza niespodziewanie złapała mnie za rękę i znów chlusnęła specyfikiem.
- Jasny gwint! Możesz?!
- No już cichutko… Grzecny chłopcyk, zaraz nie będzie bolało.
Jak wstanę to zabiję… Wrrrr!

JD

Mumia. Tutenjeffon Pierwszy. To jedyne co przychodziło mi do głowy gdy zobaczyłem w lustrze zabandażowane ręce, głowę i żebra. Wręcz śmiem twierdzić, że zrobiła sobie ze mnie manekina do bandażowania, żeby przygotować się do egzaminu, który nigdy się nie odbędzie. Nie mniej, u mnie zalicza go celująco, mimo iż wyglądam jak pajac.
- Trzymaj. – szturchnęła mnie młodsza, wręczając szklankę w 1/3 wypełnioną whiskaczem. Zakręciłem delikatnie szkłem, powąchałem próbując rozpoznać trunek. Nie miałem żadnych wątpliwości, wystarczył tylko łyk, żeby się upewnić. Jack… Słynny, złocisty Jack właśnie przepłynął mi przez gardło do żołądka, zostawiając po sobie charakterystyczny posmak i ciepłotę w przełyku. Jakby Jezusik gołą stópeczką przeszedł przez cały układ pokarmowy.
- Lód by się przydał… – pomyślałem na głos.
- O czym ty myślisz zboku! – syknęła żartobliwie.
To jest właśnie poczucie humoru, które uwielbiam.
- Głodnemu chleb na myśli co? LÓD W KOSTKACH, KOSTKA LODU, często widywana w zamrażarce, w towarzystwie swoich zamrożonych kumpli. Mówi ci to coś?
- Dobra, dobra, temu panu już wystarczy. Zabrała szklankę i poszła w kierunku salonu.
- Jak tam? – zagadnęła Eliza.
- Loda się paniczowi zachciało. – odparła z udawanym oburzeniem w głosie. Eliza przebiła mnie swoim spojrzeniem na wylot, sugerując, że chętnie powtórzyła by zabieg z wodą utlenioną. W tym momencie wykonałem klasyczny facepalm. PLASK. Bo cóż innego mi zostało?
Historia dziewczyn nie była tak barwna jak opowieści Marcina o początkach epidemii obserwowanych z perspektywy stróża prawa. Rodzice z bratem wyjechali na weekend, odpocząć na działce. Z
racji na jedną z setek zaplanowanych imprez Eliza i Sylwia zdecydowały się zostać w domu. Jak łatwo się domyśleć: reszta rodziny już nie wróciła a nasze bohaterki niczym Shawn przyglądały się apokalipsie na ciężkim kacu. Niezwykłym było to z jaką łatwością przyszło im dostosowanie się do nowej rzeczywistości. O płaczu, po kilku dniach rozpaczy nie było mowy. Zapasy żywności, weki, baniaki wody, naprawdę miały niezły start. Z racji na to, że na rogu znajdował się sklep zdecydowały się na akcję iście partyzancką. Młoda wypuściła się przez okno przez okno na rekonesans. Wśród smrodu, zgniłego mięsa, suchego pieczywa i skiśniętego nabiału, konserwy miały termin ważności z konkretnym wyprzedzeniem. Nie wiem jak Wy, ja osobiście uwielbiam mięso z puszki i ponoć nie jest to jakaś domena facetów. Jedna taka pucha starczy ci w zupełności. Dodać do tego jakaś zagrychę w postaci kiszonego ogórka i naprawdę można przeżyć bez większych grymasów. Wracając: Eliza obserwowała jak jej młodsza siostra buszuje w sklepie jednocześnie wypatrując zagrożenia. Oczywiście wszystko odbywało się za dnia. Szybko nauczyły się, że wieczorem walka ze sprinterami jest z góry skazana na porażkę.
- Młoda pomachała mi, że sklep jest czysty, więc musiałam do niej dołączyć. – kontynuowała.
Dwa plecaki, zapakowane w torbę podróżną i hyc przez okno po prowiant. Zgarniały wszystko co się da, od konserw przez wodę, napoje, chipsy na darmowym alkoholu kończąc.
- Wiedziałem, że nie możecie tego pominąć. – roześmiałem się, dogaszając papierosa.
- Gdybyśmy pominęły obecnie nie piłbyś swojego ulubionego trunku! Powinieneś nas po stopach całować wcześniej dokładnie je rozmasowując!
- Jak mi się łapy zagoją to pogadamy. Kontynuuj.
Jeżeli ktoś, tu i teraz powiedziałby mi, że kobiety to słaba płeć zarówno od jednej jak i od drugiej dostałby by w trąbę. A ja bym poprawił. Nie jako prawilny rycerz osiedlowy, lecz ze względu na niepodważalne fakty. Każda puszka, baniak, pożywienie było idealnie posegregowane w sypialni rodziców. Jestem tu pierwszy raz i wystarczy rzut okiem by wiedzieć wszystko co, gdzie jest. Dodatkowo mieszkanie było niezwykle zadbane i czyste. Kiedy zapytałem, jakim cudem im się chciało latać ze ścierą usłyszałem tylko, że „dzięki temu czują, że wszystko jest jak dawniej” zaznaczając, że nie ma to nic wspólnego z pełnieniem obowiązków kur domowych. Zwykła chęć zachowania normalności w tej totalnie popierdolonej rzeczywistości. Joł! MC JeffreJ na mikrofonie.

shop

Siedzieliśmy tak i gaworzyliśmy jakby nigdy nic. Ot dolewaliśmy sobie po kropelce zagryzając tym co akurat chciało się przynieść z sypialni. Widać, że wszystkim nam brakowało po prostu towarzystwa. Zwykłego plotkowania, gadania, pośmiania się. Ludzkich odruchów, które gdzieś zostały zapomniane. Żadne z nas nie myślało o tym co dzieje się na zewnątrz, jak przetrwamy noc, co będzie jutro. Po prostu doszło do miłego kameralnego spotkania, które całkowicie stłamsiło wszystko, co dzieje się poza murami schronienia. Zegar na ścianie tykał, podobno wskazując właściwą godzinę.
- A ten dalej nie dawał za wygraną, wyszedł szatni, napiął muły aż mu żyłki wyszły i oczka puszczać zaczął. – kontynuowała zirytowana Eliza, parodiując jednego z fitnessowych adoratorów. Ja nie wiem, czy wy faceci nie rozumiecie słowa nie?
- Ja rozumiem, więc byłbym wdzięczny za nie zaliczanie mnie do kategorii lalusiowatych baranów.
- Ale ja nigdy nie patrzyłam na ciebie pod TAKIM kątem rozumiesz?
- A co ma piernik do wiatraka? Wychodzisz na fajkę? Nie bo… Ok. Nie to nie, czego tu nie rozumieć?
- W jego przypadku to akurat fakt. Raz, całkiem przypadeczkiem zostałam u niego na noc. – włączyła się młodsza.
- Spaliśmy w osobnych łóżkach! – uzupełniłem wypowiedź.
- Do tego właśnie zmierzam! Byliśmy sami wiesz, posiadówka przy drinku, drugi pewnie już by się zaczął dobierać bo laska trochę wcięta , a ten mi łóżko rozebrał i poszedł spać do sypialni.
- Mając ochotę cię zabić jak poprosiłaś mnie rano żeby otworzyć ci drzwi.
- Zresztą daj spokój Elizka, to że nie miałyśmy szczęścia do facetów to nie znaczy, że oni tacy są. Może to my mamy jakieś chore wymagania?
- O to, to to! – potwierdziłem kiwając palcem.
- Ej!
- No co ej? Taka prawda. Najpierw człowiek ma wymagania, znajduje swój ideał i och i ach. Okazuje się, że ideał ma kiełbie we łbie a jedyne o czym można z nim pogadać to o odżywkach, suplementach i imprezach. To działa w dwie strony! Trafiasz na takiego co odpowiada ci charakterem ale wygląda przeciętnie więc znów chuj bombki strzelił. I nagle docierasz do 28 lat i stwierdzasz, że nie ma ideałów. Nie ma ludzi idealnych, którzy odpowiadają naszym wyobrażeniom. Ostatecznie wybierasz tego, który jest po prostu przystojny, z którym masz o czym rozmawiać. Mimo, że na ulicy nie raz ugną ci się nogi na widok jakiegoś „ciasteczka” i tak najmocniej będziesz ściskała rękę tego, który idzie obok…
Zapadła niezręczna cisza. Ale żem popłynął co? Aż mi się głupio przez chwilę zrobiło. Udając, że mnie tu nie ma dopiłem co zostało w szklance i strzeliłem niedopałkiem za okno. Trafiłem w jednego z truposzy stojących pod oknem. Warknął, wyciągnął ręce jak dziecko, które chce przytulić mamusię i kłapiąc zębami zaczął drapać w ścianę.
Wiecie, że mamy problem? – szybko zmieniłem temat. Obie podeszły do okna by podejrzeć co się dzieje.
- Nie odpuściły…
- Nope. I raczej nie zanosi się aby miało być inaczej.
- A tam nie ma co się martwić. – machnęła ręką starsza i zeskoczyła z parapetu.
Że… Co?! Jak to nie ma się co martwić? Pod oknami stoi grupa wygłodniałych obdartusów a ona, że wszystko ok, że czym ja się przejmuję, jak stoją to niech se stoją? Skąd one mają tak luźne podejście do tematu? Nie no bez kitu, nauczcie mnie tego! A może to ja jestem takim panikarzem? Chyba, że widziały już więcej niż ja ,w co mimo wszystko wątpię. Ale co ja tam mogę wiedzieć… Może warto przestać się zamartwiać i zacząć… Żyć? Nie ważne gdzie, z kim i ile… Po prostu ŻYĆ. Te dwie wariatki przywróciły mi nadzieje i w ciągu kilku godzin zmieniły mój tok myślenia. Bynajmniej póki szumią mi w głowie procenty.

zombieattack

Wciąż jesteśmy ludźmi i potrzeby mamy takie same.
- Elizka słuchaj…
- Na balkonie masz wiadro i zbiornik z deszczówką. Kibelek w prawo i do końca. Zapal sobie świeczkę, zrób co swoje, spłucz pod ciśnieniem i tyle.
To już mnie totalnie pozamiatało. Rzeczywiście na balkonie stały dwie niebieskie beczki, w której gromadziła się woda w trakcie opadów. Obok, balia starego typu jako zbiornik rezerwowy. - Tylko nie bierz za dużo proszę, wiesz że ostatnio niewiele padało. Poza tym trzeba się jeszcze wykąpać.
Skinąłem głową. Napełniłem wiadro, wsadziłem fajkę za ucho i ze świeczką i zapałkami poszedłem załatwić swoje potrzeby. Ledwo zdążyłem spodnie ściągnąć i dobrze się usadowić, walenie w drzwi.
- Nie ma palenia w kibelku! Czy ja kurwa śnię?
- Niby dlaczego?
- Niby dlatego, że zapaszek cytryny, który unosi się w powietrzu ma nadal być cytrynowy a nie szlugowy! Mama zabiłaby mnie za to.
One naprawdę zachowują się jakby nic się nie stało. Przygotowują sobie posiłki w kuchni, w nieco zużytej już wodzie zmywają naczynia, sprzątają, dbają o czystość. Opcje są dwie. No dobra trzy. Albo ja zwariowałem i totalnie tego nie rozumiem. Albo one, myślą, że kiedyś wszystko wróci do normy. Albo odbiło nam wspólnie, śnimy, jesteśmy pijani, naćpani, whatever i to jest niezły trip w głowie. Innego wyjaśnienia za Boga nie mam.
Pokręciłem się trochę po pomieszczeniach, żeby lepiej się zaaklimatyzować. Zaległem na kanapie w dużym pokoju aby rozprostować kości. Przeciągnąłem się jak kot wstający o świcie. Zaplotłem ręce na mostku i zamknąłem oczy. Poza krzątającymi się dziewczynami panowała totalna cisza. Czułem niesamowity spokój i bezpieczeństwo. Leżałem sobie wygodnie myśląc o niebieskich migdałach. Ktoś gdzieś walczy o życie. Być może właśnie je stracił albo jeszcze je straci. To nie będę ja. Mój dzień jeszcze nie nadszedł i póki jestem gdzie jestem i nie wydarzyło się nic dziwnego trochę jeszcze pożyję i to wcale nie najgorzej.
- Pst, śpiochu – potargała mnie za włosy Eliza. - Bądź uprzejmy nie wchodzić do łazienki przez jakieś paręnaście minut ok? Idziemy się wykąpać, później ty sobie wskoczysz.
- We dw… Aaaa ok, idźcie.
- Coś się stało?
- Nie, nie, idźcie śmiało pewnie, poleżę sobie.
Jeszcze bym się zbłaźnił pytaniem czemu idą we dwie, skoro oczywistym jest, że ze względu na oszczędność wody. Tak przesiąknąłem przez nie normalnością, że prawie w nią uwierzyłem.
Stałem w kabinie prysznicowej oblewając się zimną wodą. Mam nadzieję, że pomoże mi to zahartować organizm a nie dorzuci mi przezbiębienia do pakietu post apokaliptycznych atrakcji. Truskawkowe mydło w płynie może nie należało do najbardziej męskich zapachów, ale przynajmniej sciągnęło ze mnie cały syf walki i brud życia ocalałego. Gęba zarośnięta jak u Rumcajsa, na dole miedzy nogami Puszcza Białowieska z dumnie wyglądającym Żubrem. Wziąłem różową jednorazówkę i zacząłem skrobać tu i ówdzie. Ogolnie przerąbana sprwa golić się przy fatalnym świetle. Wystarczyło kilka mocniejszych pociągnięć i naderwane włosy od razu zaczęły krwawić u nasady. Zebrałem porozrzucane włosy, zawinąłem w papier i spłukałem w toalecie.
Nie jest z tobą tak źle… – pomyślałem przecierając twarz ręcznikiem. Chlusnąłem wodą kolońską, zaszczypało jak diabli, ale właśnie poczułem się mężczyzną. Ten rodzaj pieczenia zrozumiemy tylko my. Na koniec przyodziałem wręczone mi czyste rzeczy starszego brata. Nie pasowały zbyt idealnie, ale czułem się w nich komfortowo. Zdmuchnąłem świeczki i otworzyłem drzwi.
- No proszę… Nareszcie wyglądasz jak człowiek. – skomentowała Sylwia ścieląc łóżko. Nie powiem, żeby to było najprzyjemniejsze co chciałem usłyszeć ale lepszy taki komplement niż żaden. Uśmiechnąłem się tylko w ramach podziękowania.
- Macie jakiś… Koc? Pościel zapasową? Wymościłbym sobie posłanko w salonie.
- Wygładziła pościel, dołożyła dwie poduszki i wskazała je ręką. Proszę. Właśnie ci wymościłam.
Można było dostrzec zdumienie na mojej twarzy.
- Kiedyś ty mi, teraz ja tobie haha. My z Elizką zmieścimy się na jednym bez problemu, więc tobie odstępuję swoje.
Dajcie spokój normalnie jak na koloniach. To były fajne czasy jak po ogłoszeniu ciszy nocnej nasłuchiwało się kiedy wychowawcy pójdą spać albo dadzą w palnik, żeby wymknąć się do dziewczyn i przesiedzieć do rana. Pierwsze flirty, pierwsze miłości, pierwsze podrywy, pierwsze cycki hehe. Działo się. I przeminęło bezpowrotnie.
- Razem będzie bezpieczniej. – oznajmiła Eliza, kładąc tonfę przy łóżku. Przez grzeczność nie zaprzeczę. Zresztą gościu czy ty jesteś normalny? Błąkałeś się sam, straciłeś przyjaciela, nie masz żadnych perspektyw, trafia ci się spokojna noc w jednym pokoju z dwiema kobietami a ty widziwiasz. Łyczek piwka, fajeczka i do łóżeczka, a nie „gupoty, gupkowate” w głowie!

horizondown

Świece dogasały na parapecie wydzielając charakterystyczną woń. Zegar tykał na ścianie, hipnotyzując słuchaczy „do odcięcia”. Nie miałem ani siły ani chęcić sprawdzać, jak ułożone są wskazówki. Leżałem na wznak, tradycyjnie oglądając sufit. Z zewnątrz dochodziły przytłumione krzyki i odgłosy walki. Miałem to totalnie w dupie. Dziś, ktoś… Jutro mogę to być ja. Poza tym nie ma sensu ufać ludziom. Są zdesperowani i zrobią wszystko żeby przeżyć, łącznie z poćwiartowaniem i usmażeniem nad płomieniami ogniska twoich świeżo zamordowanych zwłok. Poza tym dwie młode i atrakcyjne dziewczyny do podwójny łakomy kąsek dla wygłodniałych zwyrodnialców. W nieuzasadniony logicznie sposób poczułem się za nie w jakiś sposób odpowiedzialny mimo iż beze mnie też świetnie dawały sobie radę.
- Łukasz… - wyszeptała Eliza.
- Mmm?
- Śpisz…?
- Mhm…
- Jakie „mhm” jak nie śpisz? – zarechotała.
- Próbóję, ale kiepsko mi to wychodzi.
- Jak myślisz… Ile ich jest…?
- Miliony. I cały czas liczby rosną.
- Nie ogólnie! U nas, na osiedlu, w Łodzi.
- Przypomnij sobie liczbę mieszkańców i masz odpowiedź.
- Myślisz, że oni wszyscy….
- Tak. – przerwałem, nie pozostawiając złudzeń.
Ja doskonale wiem o co jej chodziło. Czułem jej smutek i wręcz słyszałem łzę spływającą po gładkim policzku.
- Chciałbym powiedzieć ci to co chcesz usłyszeć naprawdę. Ale nie ma sensu się łudzić. Im szybciej uzmysłowimy sobie pewne rzeczy tym lepiej.
Nic nie odpowiedziała. Zsunęła z siebie kołdrę, odsłaniając kształtne biodro. Jak na dżentelmena przystało powróciłem do oglądania sufitu. Wstała, okryła młodszą siostrę, zabrała fajki, zapalniczkę i poszła do dużego pokoju. W sumie sam chętnie zajaram.
Siedziała na krześle, wpatrzona w otchłań piekła rozgrywającego się za oknem. Po każdym zaciągnięciu strzepywała nerwowo popiół do pustej puszki po piwie. Płakała i nie chciała żeby ktokolwiek to widział. Nie chciała pokazywać swoich słabości. Pamiętajmy jednak, że to nie prawda, że płaczą słabi… Płaczą ci, którzy byli silni zbyt długo.
- Można się dosiąść? – zapytałem, kładąc jej rękę na ramieniu. Wskazała głową na drugie krzesło. Wyciągnąłem papierosa i podpaliłem go przy uchylonym oknie. Trupy biegały we wszystkich kierunkach szukając nowych ofiar. Miała dobry pomysł z tymi zasłonami. My, od wewnątrz możemy ich podejrzeć. Oni nas już niekoniecznie.
- Ejjj… – szturchnąłem. - Elizka co jest?
- Tęsknię… Została mi tylko siostra. Tylko ona się liczy i tylko o nią dbam. Sama mogę zdychać! Mam to gdzieś rozumiesz? Mam gdzieś to co będzie jutro, co się ze mną stanie. Chce, żeby była bezpieczna, nic innego się nie liczy!
Pękła. Emocje wzięły górę, musiała wyrzucić z siebie kilka rzeczy. Ale to dobrze. Czasem jak człowiek się wygada i popłacze to za chwilę robi się lepiej. W sumie mógłbym ją przytulic ale … czy wypada?
- Oni nie wrócą prawda…? Przemilczałem to pytanie uznając je za retoryczne. - Odpowiedz mi…
- Chodź spać… – poprosiłem, wrzucając fajkę do puszki. Wystawiłem rękę, jakbym wysłał jej zaproszenie do tańca, z którego i tak nie zamierzała skorzystać.
- Odpowiedz! I co ja mam ci dziewczyno odpowiedzieć? Co chcesz usłyszeć? Że albo siedzą gdzieś zabarykadowani (wersja optymistyczna) albo są rozerwani na strzępy (wersja pesymistyczna) ALBO pokąsani włóczą się, polując na takich jak my (wersja realistyczna)?
- Chodź do łóżka jutro o wszystkim pogadamy. Sylwii na pewno jest zimno samej.
Chyba lekko się uśmiechnęła.
Każde wróciło do swojego łóżka dokładnie się przykrywając. Znów wśród nocnego zawodzenia słychać było hipnotyczne tykanie zegara. Nie potrafiłem zasnąć. Wierciłem się z lewej na prawą nie mogąc znaleźć właściwego ułożenia. Na brzuchu idzie się udusić poduszką, na plecach czuje się jak nieboszczyk, na boku bolą mnie plecy. Jeszcze te piekące ręce.
- Psssst… Ej. Elizka śpisz…?
Cisza. Młodsza coś tam zabełkotała przez sen.
- Sylwia? – dalej cisza.
No i posnęły dziewczyny, a ja zmumifikowany zostałem ze swoją wyobraźnią. Nie no zasnę, nie ma opcji. Gwałtownie poderwałem się z łóżka.
Ponownie zasiadłem na krześle w dużym pokoju i odpaliłem kolejnego papierosa, uruchamiając kontemplację nad obecnym sensem życia. Z każdym kolejnym buchem byłem coraz bardziej melancholijny i refleksyjny. Nie dziwie się, że większość wynalazców wpadała na genialne pomysły siedząc na kiblu z fajką i kawą. Ja czułem się ja wartownik, który czuwa nad bezpieczeństwem miejsca, w którym przebywa. Nad bezpieczeństwem kobiet, które zawsze darzyłem ponadprzeciętną sympatią. Patrząc na całokształt ostaniach wydarzeń, jestem im w końcu coś winien prawda…?

writer

Wpis dedykuję Klaudii Ickiej, która narzekała. że wpisów jest mało i powinny być dłuższe, oraz przesympatycznym bohaterkom, które bardzo pozytywnie przyjęły swój debiut :)

Co Dwie Siostry To Nie Jedna

Obudziłem się zlany potem, zawinięty w kokon pościelowy, ze zdrętwiałą ręka i zaślinioną poduszką. Odkąd to wszystko się zaczęło nie dane mi było ani razu tak porządnie się wyspać. MP trójka już nie grała, także tyle z umilenia sobie czasu muzyką. Oczywiście za drzwiami nadal słychać było jęki i drapanie. Nie znudziło się to skurwielom przez całą noc. Biorąc głęboki oddech poczułem charakterystyczne furkotanie w oskrzelach. Nie mniej – zapalić trzeba było. Otworzyłem balkon. Ubrany w bluzę i spodnie dresowe wyszedłem dokarmić raka i rzucić okiem na okolicę. Agresywne zgnilce ponownie chodziły pokracznie w letargu włócząc się bez celu. Ich czujność i zmysły osłabły wraz z pojawieniem się pierwszych promieni słońca. Na pierwszy rzut oka wydawało się ich jakby mniej. Niestety w 99% przypadków jest to tylko iluzja i zgubna nadzieja. Pies raczy wiedzieć gdzie to dziadostwo się pochowało.
Moją uwagę przykuło wywieszone przez okno… Prześcieradło? Płachta? Co to do diabła jest? Wróciłem do pokoju i zajrzałem do szafki, w której rodzice składowali wszystkie moje gadżety po wyprowadzce. Do wyboru miałem i lornetkę i lunetę. Uwielbiałem relaksować się obserwując niebo i otaczającą mnie przyrodę. Uprzedzam pytanie: nie, nie podglądałem sąsiadów i nie prowadziłem osiedlowego monitoringu.
Wyregulowałem optykę. W bloku na przeciwko, kilka klatek z lewej na pierwszym piętrze powiewało prześcieradło, na którym ktoś wysmarował napis POMOCY. Dawniej mieszkała tam sympatyczna rodzina z dwiema siostrami, z którymi miałem bardzo dobre relacje. Swoją drogą jedna piękniejsza od drugiej co rzadko zdarza się w przypadku rodzeństwa. Zawsze jest tak, powstaje piękna i bestia a tutaj mieliśmy dwie piękne i pokręcone, z którymi naprawdę można było zajebiście spędzić czas. Branie miały niesamowite co ani przez moment mnie to nie dziwiło. Gdybym czasy były inne a ja młodszy zapewne dołączyłbym do grupy adoratorów z zamkniętymi oczami. Odkąd się wyprowadziłem kontakt zaczął się urywać. Nie mam żadnej gwarancji, że wciąż tam są. Być może ktoś koczuje w ich chałupie jak wcześniej Rysio i jego labadziara u Gosiaczka. Bez dłuższego zastanowienia postanowiłem to sprawdzić.

IMG_20170304_150927

Wyciągnąłem z szafy grube prześcieradła i zacząłem łączyć je ze sobą końcami, zaciskając grube supły. Pięć sztuk wystarczyło w zupełności aby sięgnąć gruntu pod balkonem. Spojrzałem w dół. Pusto. Można się spuszczać jakkolwiek to brzmi. Przewiązałem jeden koniec prowizorycznej liny do barierki i mocno zacisnąłem supeł. Podlałem go odrobiną wody po ogórkach. Wiecie czemu? Mokry materiał staje się trwalszy, wytrzymalszy i potrafi wytrzymać niesamowite napięcie. Dawniej, na dzikim zachodzie więźniowie potrafili obsikiwać swoje ciuchy i pod nieobecność szeryfa tworzyli coś w stylu dźwigni zaciskając szmatę na kratach. Wyginali je na tyle, że bez problemu mogli się przecisnąć. Pomysłowe co? Z podartej koszulki zrobiłem uchwyt na łom, który przewiesiłem sobie niczym kołczan. No to co? Komu w drogę temu zombie.
Zacząłem powoli opuszczać się supeł po suple. Zakrwawione okna u sąsiadki na parterze uruchomiły mi wyobraźnię ale jednocześnie wysłały komunikat „NIE INTERESUJ SIĘ”. Kiedy stopy zetknęły się z ziemią przykucnąłem niczym ninja rozglądając się na boki. W głowie zadźwięczał mi główny motyw muzyczny z Mission Impossible. Shit! Ogarnij się człowieku! Wolnym krokiem zacząłem przemieszczać się w obranym przez siebie kierunku. Pierwszy stał przy śmietniku. Odwrócił się w moją stroną, rozdziawił pysk z którego wylała się bordowa ciecz i wyciągnął rękę przed siebie. To była ostatnia czynność za jego nieżycia jaką wykonał. Kolejny nawet mnie nie zauważył zanim umarł na dobre. Kurczę faktycznie jest ich mniej, ciekawe gdzie wyemigrowały w nocy. Drzwi jednej z klatek otworzyły się. Na zewnątrz wyszło ich chyba z pięciu. Więc to tak… Zacząłem biec truchtem. Pokracznie ruszyły za mną. Nim się obejrzałem już byłem pod właściwym oknem. Zajrzałem do wiatrołapu. Pusto. Klatka zamknięta. Nagle od wewnętrznej strony, łapa walnęła w szybę zostawiając po sobie krwawy ślad. Spojrzałem przez pod nogi. Szwędacz bez nóg starał się zaatakować mnie przez drzwi, waląc na oślep i skrobiąc pazurami. Towarzystwo z zewnątrz było coraz bliżej. Chwyciłem niewielki kamień i rzuciłem nim w okno. Odbił się i spadł obok mnie. HALO!. Może nikogo już tam nie ma? HALO! Ktokolwiek, jakkolwiek? Truchła były coraz bliżej. Powłócząc nogami, potykając się, upadając i podnosząc. Nie jest dobrze. Rzuciłem kamieniem drugi raz. Błagam niech ktoś tam będzie. Wciąż bez odpowiedzi….
Skurwysyny nie odpuszczą. Nie mogę dłużej czekać, muszę się wycofać. Te cholerstwa stoją na drodze do mojego domu więc trzeba będzie zatoczyć kółko! Chodźcie dziadoki, idziemy na spacerek. Zacząłem wolnym krokiem przemieszczać się wzdłuż bloku. Szły za mną jak wygłodniałe psy. Jak ćpuny dworcowe, które spełnią każde życzenie swojego dilera aby tylko dostać działkę. Ściągnąłem łom z pleców i chwyciłem go oburącz. Nie pali mi się do walki, pięciu obok siebie to stanowczo za dużo. Zresztą już dwa, trzy stanowią konkretny problem. Generalnie miałem nadzieję uniknąć takich atrakcji ale jak widać świat po apokalipsie nie szczędzi nam nieplanowanych rozrywek. A gdyby tak po kolei? Jeden, potem drugi? Każdy po strzale powinien się złożyć. Są już w niezłym stadium rozkładu. Dziurawe poliki, powykręcane kończyny, widoczne ścięgna. Przecież jak mu dobrze przydzwonię to łeb odfrunie jak piłka bejsbolowa. Mając jeszcze kilka metrów, przygotowywałem się do pierwszego uderzenia. Musiało być idealne, nie mogłem sobie pozwolić na błąd. Dawajcie. Odeśle was tam gdzie wasze miejsce!
Jeff, odciągnij ich! Spojrzałem w górę. Poczułem się niczym Columbus z Zombieland. W oknie pojawiła się Wichita i jej młodsza siostra. Tfu! Znaczy Eliza i jej młodsza siostra Syliwa. Jasna cholera to naprawde one! Wciąż żywe i wciąż piękne, damn nie widziałem ich z półtora roku! Jeden jest na klatce, nie wychodź po mnie! Nawet nie zamierzam, odciągnij ich, zrzucimy ci linę! Oho, mój patent z prześcieradłem taki klasyczny i taki fajny. A nie, haha, to naprawdę jest lina. Holownicza! Dziewczyny wykazały wyższy poziom zajebistości.

horda

Trafiłem pierwszego z nich. Tak jak oceniłem po rozkładzie, łeb wygiął się o 180′ i zawisł na fragmentach mięsni i ścięgien. Przetarłem krew z twarzy. Lina z supełkami do wspinaczki już zwisała z okna. Niczym Ronaldo zmyliłem swoich rywali balansem ciała i podbiegłem pod okno. Zacząłem się wciągać na górę. Boli jak diabli, jednak materiał robi swoje. Z każdym kolejnym ruchem czułem jak zdzieram sobie naskórek. Wciągnąć na górę ważące blisko 100KG ciało to nie lada wyczyn. Uważaj! Jeden z truposzczaków chwycił mnie za nogę. Starał się ugryźć kostkę, ale szarpałem i kopałem ile sił. Zacząłem się bujać na lewo i prawo. Jakkolwiek to brzmi straciłem ścianę pod nogami. Ciężar ciała sprawił, że zsunąłem się na dół. Z wewnątrz dłoni pociekła krew. Kurwa, jak to boli! Kopnąłem go z taką siłą, że twarzoczaszka zapadła się do środka. Jeszcze raz, wydobądź z siebie resztki sił! Supełek po supełku, nogi po ścianie, kroczek po kroczku. Złap mnie za rekę! Chyba po to, żebyś wypadła razem ze mną, odsuń się! Na ostatnich centymetrach, złapały mnie za kark i zaczęły wciągać do środka. Poczułem już parapet, zarzuciłem nogę, podciągnąłem się ile sił w rękach. Górna część ciała przeważyła resztę, nogi komicznie znalazły się w górze a ja wpadłem do środka, trafiając głową w podłogę. Aż jęknąłem jak osadzony na plecach łom odbił się od mojego kręgosłupa. Leżałem tak z podkurczonymi nogami i rękoma starając się opanować promieniujący ból. Mając zamknięte oczy usłyszałem dźwięk zamykanego okna i przekręcanej klamki. Zrobiło się cicho, miło i przytulnie. Ręce piekły mnie niemiłosiernie, na głowie będzie guz jak nic, a łapy trzeba będzie zabandażować. Przypominam, że wyszedłem tylko sprawdzić kto tutaj przebywa. Ale poczułem wewnętrzny spokój widząc znajome twarze. Jeżeli ktoś zapyta się mnie czy było warto: tak. Bez wątpienia tak, niczym w Mam Talent trzy razy tak. Znów nie czułem się sam. Nawet nie macie pojęcia jak jest to cholernie ważne nie tylko dla bezpieczeństwa ale i psychiki człowieka jako zwierzęcia stadnego.
Otworzyłem oczy. Stały nade mną, wpatrzone jakby zobaczyły ducha. Częściowo rozmazany obraz zaczął się wyostrzać. Przetarłem twarz poranionymi dłońmi. No siema! – odezwała się młodsza w charakterystyczny dla siebie sposób. Kąciki ust drgnęły mi do góry. Zacząłem się śmiać. Typowa głupawka. Na zewnątrz latają wygłodniałe zwłoki, każdego dnia ledwo uchodzimy z życiem, świat jaki znamy przestał istnieć a młoda jakby nigdy nic NO SIEMA, generalnie dawaj idziemy na piwo w końcu jest ładna pogoda. Ale właśnie dla takich momentów warto żyć. Kiedy wszystko się wali wystarczy jedna sytuacja, jedna osoba i jeden tekst, żebyś zapomniał o wszystkim co złe. No siema. – odpowiedziałem, przez śmiech. Macie szlugi? – zapytałem, wciąż śmiejąc się jak upalony gimbus.

sisters

Nie Ma Jak W Domu

Znowu poczułem się jak kilkanaście lat wstecz. Przekroczyłem próg i powoli zamknąłem za sobą drzwi. Dokładnie tak, jak wtedy gdy wracałem pijany z osiedlowej libacji aby nie obudzić rodziców. Mieszkanie było… Nietknięte. Podkreślę to jeszcze raz: N I E T K N I Ę T E. Zaryglowane przez rodziców przed wyjazdem, z którego nigdy już nie wrócą zachowało swój blask nie wpuszczając nikogo do środka. W powietrzu unosił się zapach odświeżacza. Konwalie. Mama je uwielbiała. Kwiaty w suchych doniczkach potraciły liście i obumarły jak wszystko wokół. Przekręciłem zamek, zrzuciłem plecak, zdjąłem kurtkę. Czułem się jak w krainie baśni. Wszystko zniszczone, zakrwawione, śmierć wałęsająca się po ulicach ale tutaj… Czas się zatrzymał.
Serce pękło mi po raz kolejny kiedy ująłem w dłoń wspólne zdjęcie rodziców wykonane z okazji rocznicy ślubu. Docisnąłem je do piersi niczym przedszkolak maskotkę. Zagryzłem zęby i zacisnąłem powieki uniemożliwiając wydostanie się na zewnątrz słonych kropli. Ściskałem je tak mocno, że gdyby nie wypukła ramka, szybka zapewne pękła by na kawałki. Zabrałem je do swojego pokoju i postawiłem na biurku w towarzystwie naszego ukochanego psa i kota. Wyciągnąłem z wazonu uschniętą różę. Ułamałem czubek zostawiając klika centymetrów łodygi i położyłem naprzeciw fotografii. Z kuchennej szafki wyciągnąłem całą paczkę tzw podgrzewaczy. Tak to te małe okrągłe świeczuszki, które ozdabiają różne wynalazki lub podgrzewają herbatę w porcelanowym czajniku. Sporo tego. Przydadzą się zwłaszcza, że za oknami szarówka. Po kolei: jedna dla Mamy… Druga dla Ojca. Trzecia i czwarta dla naszych czworonożnych członków rodziny. Tęsknię za Wami…
Uchyliłem okno zaraz po tym jak zasunąłem rolety, żeby zredukować światło jakie dawały rozpalone kaganki. Wziąłem łyk wody po ogórkach i zaległem na rozłożonym łóżku. Odpaliłem papierosa i zaciągając się zerkałem na fotografię. Nawet moje ulubione ścienne tatuaże nie potrafiły oderwać mojego wzroku. Gdy dotarłem do ustnika wrzuciłem niedopałek do pustego słoika i ułożyłem się na wznak. Mimo, iż przez uchylone okno słyszałem krzyki, zawodzenie i wrzaski, atmosfera „bezpiecznego domu rodzinnego” sama zaczęła zamykać mi powieki…

16266198_1176880549098669_2726336833776356803_n

- Tato! Ja już nie mogę!
- Przestań się mazgaić synu! Jeszcze kilka rzutów i idziemy na obiad.
- Ale mnie już boli ręka!
- W Twoim wieku grałem 30 minut ze złamanym palcem aby nie dać przeciwnikom satysfakcji, że nasza drużyna traci bramkarza. Widzisz jaki jest wygięty? A wiesz, że wygraliśmy? Każdy człowiek jest zwycięzcą, tylko nie każdy potrafi to z siebie wydobyć. Masz silne geny, jesteś moim synem! Masz walczyć! Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą!

Podniosłem piłkę i ile sił w prawej ręce cisnąłem ją w kierunku bramki. Tzn bramy garażowej. Oczywiście staruszek błyskawicznie wysunął nogę i sparował rzut.

- Za mało myślenia, za dużo agresji. Jeszcze raz.
Łapa prawie mi odpadała ale… Rzut! Tym razem złapał piłkę niczym Wakabayashi.

- Poznaj swojego przeciwnika. Każdy z nas ma podobne reakcje i odruchy.
Jeszcze raz. Pudło. Jeszcze raz!
Wziąłem zamach i zacząłem dynamicznie poruszać nadgarstkiem. Wykonałem gest rzutu w prawą stronę. Kiedy Ojciec zrobił wykrok zatrzymałem rękę. Ten sam gest wykonałem w przeciwną stronę. Gdy zastygł w rozkroku rzuciłem kozłem. Piłka odbiła się od ziemi, przeleciała między nogami bramkarza i zatrzymała się na wrotach garażowych. Charakterystyczny huk blachy zasygnalizował zdobytego gola. Uniosłem ręce do góry

- Widzisz? – zapytał. – Spokój, pomyślunek, mądrość i spryt… Nie siła, nerwy i agresja.
- Ale tato przecież silni mogą więcej… Są lepsi i w ogóle…
- Chwilowo synu. Osiągają sukcesy, ale bywają one ulotne i krótkotrwałe.
- Dlaczego?
- Siła kiedyś opuści każdego z nas. Ale mądrość nabyta, wiedza i doświadczenia życiowe zostają z nami na zawsze… Pamiętaj o tym.
- Mogę jeszcze raz?
- Ooooo? Już Cie nic nie boli?
Pokiwałem przecząco głową.
- Masz – podał mi piłkę. – Rzuć jeszcze parę razy na pustą bo tatuś już nie ma siły.
- Przestań się mazgaić tato! Jeszcze kilka rzutów i idziemy na obiad!
- Ale…
- Chyba nie dasz rywalowi satysfakcji, że tracisz bramkarza?
Opuścił wzrok i rozłożył ręce w geście bezradności wracając na bramkę.
- Nie licz, że dam Ci fory… – oznajmił przyjmując postawę bramkarską.
Kolejny celny rzut.

10507062_687060821348932_5710808548874832128_o

Zerwałem się na równe nogi. W pokoju unosił się zapach wypalonych świec, który przenikał smród papierosów. Zegarek wskazywał godzinę 1:20 o ile się nie późni a wskazówki nie zatarły. Głuche walenie do drzwi nie ustępowało. Złapałem łom i latarkę, które czekały obok łóżka właśnie na taki moment. Pół przytomny podszedłem do drzwi. Zerknąłem przez Judasza. Ciemne kontury rozbijały się po korytarzu.
- Kim jesteś i czego chcesz? – zapytałem retorycznie.
Odpowiedział mi jęk i jeszcze głośniejsze uderzenie. Na podstawie konturów widocznych w ciemnościach zauważyłem, że postać brała lekki rozpęd i z impetem – aczkolwiek bezmyślnie – odbijała się od drzwi. Po kilku próbach wyważenia ich, krew rozprysnęła się na wizjerze.
- Wal sobie wal. Warto było zainwestować w solidne antywłamaniówki.
Ale dołączył drugi i trzeci. Zaczęli napierać grupą. Skurwysyny spać człowiekowi nie dadzą. Wejść nie wejdą nie ma bata, ale jakoś nie widzi mi się wysłuchiwania tego przez całą noc. Pamiętacie Starą? Ta już wystarczająco dała mi do vivatu. Pomysłu jednak nie mam żadnego. Nie jestem w stanie otworzyć drzwi. Te śmierdziele w nocy zachowują się jak po dobrym koksie, wparują do środka i będzie pozamiatane. Myślałem, że te bydlaki nie są aż tak spostrzegawcze, ale jednak noc rządzi się swoimi prawami. Kiedy masz kilka/naście godzin, zanim zajdzie słońce, ogarnij wszystko co trzeba a potem znajdź schronienie. Zarygluj drzwi i okna, poruszaj się w mroku. Może jakimś cudem nie zwrócą na ciebie uwagi.
Zgasiłem latarkę i oparłem łom o ścianę. Po cichu aby bardziej nie prowokować napastników postanowiłem wyjść na balkon. Co za idiota! – myślicie. Nie do końca, gdyż postanowiłem poruszać się… na czworaka, aby wykorzystać osłonę w postaci bambusowej maty przymocowanej do barierki. Spoglądałem przez szparę między podłożem a balustradą. Ja naprawdę chcę być kulturalny i nie wywoływać zgorszenia ale JAKIM KURWA CUDEM NAGLE PRZYLAZŁO TU CAŁE STADO? Czy ktoś w ogóle „TETOWAŁ” to zaraźliwe kurestwo w okresie produkcyjno – eksperynentalnym? To ja raczkuje na wysokości psiego nosa, rozłupuje czaszki, zmywam z siebie krew, śmierdzę, sram w krzakach i podcieram się liśćmi albo fragmentami znalezionych szmat (i nie mówię tu o swojej byłej), żeby nawet przez chwilę nie mieć możliwości odpoczynku? Stworzyli sobie wirusa w oparciu o logikę dawnej partii rządzącej nie zdając sobie sprawy z żadnych, potencjalnych konsekwencji? Słuchaj zajebista sprawa, dawaj, testujemy! A antidotum? Coś żeby to kontrolować? Eeeee tam! Jakoś to będzie! No co za chujnia!
Łomot nie ustawał. Co kilka sekund ciała odbijały się od drzwi wejściowych, próbując dostać się do środka. Polak potrafi: jak nie kijem, to pałą!
Poszedłem do łazienki, żeby zajrzeć to szklanej szafeczki zamontowanej pod umywalką. Drzwiczki charakterystycznie skrzypnęły. Poprzestawiałem kremy, perfumy, dezodoranty ale nigdzie nie mogłem znaleźć korków do uszu. Shit. Na pewno matka zabrała je na wyjazd, żeby mieć gwarancje, że się wyśpi nie słysząc chrapania taty. - Spokój tam jeden z drugim. Uszzz jak to się naprze. Uparte jak… A zresztą…

182374_537790309609318_953156668_n

Zajrzałem do sypialni. W szafce nocnej udało mi się znaleźć odtwarzacz MP3 należący do taty z dousznymi słuchawkami. Prawie jak korki… Nacisnąłem klawisz odpowiedzialny za uruchomienie urządzenia. Ekran podświetlił się na niebiesko wyświetlając logo producenta. Baterie działały. Wsunąłem jedną do ucha. Budka Sulfera – Bal Wszystkich Świętych. SERIO?! Zacząłem przewijać kawałek po kawałku. Deep Purple, Rammstein, Scorpions… Było w czym wybierać.
Wróciłem do swojego pokoju. Rozebrałem się do naga, żeby nie ubrudzić wyciągniętej ze schowka pościeli. Resztki wody z czajnika i pozostawione kilka butelek wody mineralnej przydały się do odświeżenia. Stojąc w wannie przy zapalonej latarce wylałem na siebie pół butelki. Namydliłem ciało kostką mydła dokładnie szorując każdy zakamarek. No co…? Kto wie czy jutro nie wydarzy się COŚ ciekawego. Też mam swoje potrzeby… :)
Z szafki wyciągnąłem piżamę i czyste ubrania. Pachniały tak naturalnie jakby wszystko było… Jak dawniej. Zawinąłem się w kłębek nakryłem kołdrą. ŁUP! Ciekawe kiedy im się znudzi. Rozplątałem słuchawki i wsadziłem je tak głęboko jak tylko ucho pozwoliło. ŁUP, ale znacznie ciszej niż wcześniej. Wyciągnąłem środkowy palec w kierunku przedpokoju. Raz jeszcze rzuciłem okiem na zdjęcia.
Dobranoc Mamo…
Dobranoc Tato…
Zamknąłem oczy. Nie ma jak w domu… Wszędzie jest dobrze ale w domu najlepiej.

Zasypiając słyszałem już tylko Wind Of Change w wykonaniu Scorpionsów.

Sweet Home Alabama

W tym całym, poschizionym świecie po apokalipsie wszystko jest jak randka z przypadkowo poznaną panienką. Wracasz do domu, jesteście po kilku drinkach, trafiacie do sypialni… Masz już pewne wyobrażenie na jej temat, plus świadomość, że następnego dnia obudzisz się obok potwora, z którego spłynie makijaż. Ale mimo to idziesz na całość. Ryzykujesz… Zdejmując jej majtki myślisz: gąska rozwarta czy sowa zamknięta? W mordę… O czym ja w ogóle myślę… Chociaż to w sumie naturalne u faceta… Nie od dziś wiadomo, że ani lewa ani prawa ręka nigdy nie zastąpi kobiety. Wróćmy jednak do meritum. Widzę przed oczami swój dom. Dokładniej: przypominam sobie jak wyglądał, kiedy byłem w nim po raz ostatni z bólem serca dopuszczając świadomość, że nie uświadczę nawet minimum ze swoich wspomnień w obecnej sytuacji. Wiem, że moi bliscy nie żyją i boje się co zobaczę po przekroczeniu progu… Czy cokolwiek tam jeszcze zostało? Czy ściany umazane krwią w jakimkolwiek stopniu będą podobne do tych, które sam malowałem? Czy artystyczne logo Mortal Kombat i Wiedźmina jeszcze się trzyma? Znowu zadręczałem się różnymi pytaniami. Odpowiedź była coraz bliżej.

Mijałem gęste zarośla, zdewastowane budynki. Rzuciłem też okiem na zrujnowane lotnisko imienia Władysława Reymota. I pomyśleć, że jeszcze niedawno lądowało tu kilka/naście? samolotów z różnych zakątków świata. Nie raz byłem zarówno przy starcie jak i lądowaniu. Kapitalny widok. Dziś? Obraz nędzy i rozpaczy. Powybijane szyby, zniszczone samochody, miejscowe skupiska ognia. Strefa wojny, podobna do tej co była na Ukrainie, lepsze określenie nie przychodzi mi do głowy. Zresztą wciąż diabli wiedzą, czy przypadkiem przez te wojny i wojenki z użyciem broni biologicznej obecny świat wygląda jak wygląda. Winnych raczej już nikt nie znajdzie ani nie osądzi. Nikt nie zajmie się odbudową ani renowacją. Zakładam, że te gnijące gówna też kiedyś padną. Skoro ponad wszystko kładą naciska na ludzkie mięso najpierw pozbędą się nas. Jak nas zabraknie zaczną się interesować zwierzętami. O łatwym polowaniu mogą zapomnieć. Chyba, że w nocy bo wtedy dostają totalnego pierdolca i sam nie wiem czego się spodziewać. Spider – Trup, Spider – Trup, robi tup tup, Spider – Trup. Zaśmiałem się szyderczo pod nosem. Coś strasznie mnie przydusiło, gwałtownie zakasłałem. Poczułem charakterystyczną „kluchę” jaka zebrała się w gardle. Splunąłem pod nogi. Czarna flegma z domieszką czerwonych wstążek. Pięknie kurwa… – pomyślałem, sięgając po kolejnego papierosa. W wieku dwudziestu siedmiu lat prędzej wykończy mnie śmiertelny nałóg niż chodzące zwłoki. Z trupami chociaż nauczyłem się walczyć. Z nałogiem nie potrafiłem nigdy. Zresztą, jeżeli mam zdechnąć wcześniej to w sumie jakie to ma znaczenie w tej chwili? Kto za mną zapłacze? Kto będzie wspominał, kto pochowa? Odejdę w samotności a natura i nowy porządek świata zajmie się resztą. O! Tak to sobie wymarzyłem…

IMG_20161121_121550_HDR

Las był chyba najbardziej przerażającym miejscem, które musiałem pokonać bocznymi drogami. Nie dość, że towarzyszył mi już półmrok to jeszcze te skrzypiące korony i ocierające się gałęzie. Totalna cisza zakłócana jedynie przez szelest liści ocierających się o siebie na wietrze. Pojedyncze jednostki przemykały między krzakami i pniami drzew, ale chyba nie mogły mnie ani dostrzec ani wyczuć. Kilkukrotnie odwracali się w moją stronę. Coś jęknął, coś stęknął, co kłapnął i tyle. Sama atmosfera jaka panowała w tej gęstwinie była przytłaczająca i wywoływała kołatanie serca. Nie widzisz praktycznie nic, skupiasz się tylko na słuchu. Wyrobiony w trakcie eSportowych zmagań i biliardów godzin w słuchawkach był moim największym sprzymierzeńcem. Przypominam też, że im ciemniej, tym słuch bardziej się wyostrza. Wydawałoby się, że ciągłe słuchanie wystrzałów z AK-47 na przemian z pikającą bombą powinno znacząco mi zaszkodzić a tymczasem odnoszę wrażenie, że można by mnie porównać do człowieka nietoperza. Musiałbym nie spać chyba 48h, żeby paść jak kawka i żeby nic nie było w stanie mnie obudzić. Przypomniały mi się dawne lata jak po premierze Diablo 3 nie odchodziliśmy od komputerów przez blisko 3 dni. Serio. Myślicie, że nie można? Efekt uboczny? Zasnąłem na czerwonym świetle w drodze na uczelnie, gdyż musiałem oddać pracę licencjacką. Dzięku Jasu, że pojechałeś ze mną i szturchnąłeś mnie abym ruszył dalej. Mam nadzieję, że wygodnie się spało jak promotor maglował mnie ponad godzinę. Odsypiałem chyba … 30h. Ehh stare dzieje…

10676356_711364165585264_1572812426340006477_n

Po pokonaniu szerokiego strumyka zwanego „Smródką” i minięciu Brzozowej Polany moim oczom ukazały się moje rodzime bloki. Dotknięte epidemią dosłownie i w przenośni. Obdrapane ściany, zniszczona elewacja, zdewastowany płot i… Czy ja dobrze widzę? Że… Kurwa co?!

Ruszyłem sprintem nie zwracając uwagi na żadne potencjalne zagrożenie. Plecak grzechotał, płuca lekko szczypały w wyniku wysiłku. Zakasłałem nie zatrzymując się. Nie uwierzyłem. Na krańcówce autobusowej, umiejscowionej między blokami leżał wrak rozbitego samolotu pasażerskiego. To chyba jedna z awionetek na kilkanaście osób. Na pierwszy rzut oka spadł gdzieś w połowie ulicy Franciszka, a zatrzymał się tuż przed moją furtką. Zabrał po drodze kilka domków oraz rozrzucił zwłoki po okolicy razem z częściami blachy, silników i reszty tego całego ustrojstwa. Tak… Pewne skojarzenia są jak najbardziej trafne, tyle że tutaj rosną topole. I znowu to wszechobecne nieumarłe gówno, które nie daje mi żadnej szansy na jakiekolwiek rozejrzenie się po okolicy.

Zakradłem się do jednego z nich, zaraz obok dziury w płocie. Niezauważony, chwyciłem za łeb i sprawnym ruchem skręciłem mu kark. Przynajmniej tak mi się wydawało. W grach wszystko było proste… Zakradasz się, naciskasz E, trach i po krzyku. Szarpnąłem gnoja ile sił, ale to nie wystarczyło. Nim zorientował się, że właśnie przyszła kolacja, podeszwa mojego buta wylądowała na jego twarzy. Fujka.

IMG_20161121_121523_HDR

Zachowałem maksimum ostrożności przemykając wzdłuż wschodniej ściany budynku. Każdy jeden miał przebijaną czaszkę przy pomocy żelaznego kolegi. Na spokojnie, masz jeszcze czas – powtarzałem, zerkając na zachodzące słońce. Jeszcze tylko kilka kroków. Ominąć garaż, rozejrzeć się, popatrzeć w lewo, popatrzeć w prawo. Ja ich widzę, oni mnie nie.

Klatka schodowa o dziwo była zamknięta. Próbowałem podważyć zamek, ale bardziej strzelały drzwi niż zapadka. A co mi tam! Łom odbił się od szklanej powierzchni wyginając mnie do tyłu. Na szybie zostało lekkie wgniecenie, z którego wydobywała się pajęczynka, Oż ty dziadu! I raz! I dwa! I trzy twoja mać! By! To! Chuj! Pękła! Szkło rozsypało się w drobny mak a ja mogłem dostać się do środka przez chuligański wybryk. Wewnętrzne nie stanowiły już problemu. Odpowiednie ułożenie i zamek strzelił bez problemu.

Klatka schodowa przypominała zdewastowane bloki w Czarnobylu. Na ścianach widniała zaschnięta posoka, na schodach były widoczne ślady walki. Odruchowo nacisnąłem pstryczek. Ciemno. Odpaliłem zapalniczkę i powoli zacząłem wchodzić na górę. Budynek żył własnym życiem, skrzypiał niczym łamiący się Titanic a po korytarzu przez wybite okna błąkał się wiatr. M1. Zamknięte. M2. Drzwi zaskrzypiały i uchyliły się. Boże co za burdel… Połamane meble, porozrzucane ubrania, smród zgnilizny. Znowu zaczęło mi się cofać. W pokoju leżały zwłoki mężczyzny z rozszarpanymi plecami. Gołym okiem można było dostrzec kręgosłup wśród wyrwanych płatów mięsa i ścięgien. Kuchnia zdemolowana totalnie, że nogi postawić nie można. Znałem tych ludzi i to bardzo dobrze. To nie zwłoki Pawła leżały na ziemi. Wejście do pokoju dziecięcego było najgorszym błędem. Dostrzegłem sąsiadkę nachylającą się nad kołyską. Wyjmowała z niej kawałki mięsa i pakowała sobie do ust. Nie wytrzymałem. Odwróciłem się i zwymiotowałem wodę po ogórkach. Od razu zwróciłem na siebie uwagę. Kobieta wyciągnęła ręce w moją stronę. Zatrzasnąłem jej drzwi przed nosem. Zaczęła walić w nie łapami i skrobać po futrynie. Charczący oddech dotarł do mnie zza pleców. Leżące w dużym pokoju zwłoki zaczęły wstawać. Ja pierdole. To jednak Paweł. Aga jakimś cudem otworzyła drzwi. Bez chwili zastanowienia podbiegłem do skrzynki na klucze. Wszystko było na swoim miejscu. Złapałem za komplet, który nie raz zostawiali mi abym zajął się mieszkaniem pod ich nieobecność. Od razu schowałem do go kieszeni. Niespodziewanie Pablo chwycił mnie za ramie. Aż przysiadłem. Zawsze bydlak miał siłę, ale wydawało mi się, że po śmierci się… Hehe.. Słabnie. Zacząłem się szamotać jak ryba w sieci, ale skurwiel za nic nie chciał puścić. Przyparł mnie do ściany szukając dostępu do szyi, ramion… Czegokolwiek w czym mógłby zatopić kły i wyszarpnąć trochę mięsa. Adrenalina skoczyła. To tyle żeśmy.. Skur… Wypili nie raz nie dwa… Od.. Gnoja mnie znasz… Podłożyłem mu nogę. Padliśmy na ziemię, aż się zatrzęsło. Usiadłem na jego klatce piersiowej obezwładniając ręce kolanami. Uniosłem łom nad głowę. Sorry… Zmusiłeś mnie do tego. Rękojeść wbiła się dokładnie między oczy. Te wypadły z oczodołów i rozpłynęły się w czerwonej mazi. KURWA! Musiałem sobie ulżyć… Agnieszka człapała. Była już kilka kroków ode mnie. Byliście razem całe życie i razem będziecie w przyszłym – wyszeptałem pod nosem. Kaznodzieja Jeff tvaju mać. Jeden cios jeden trup. Prawie jak snajper… Upuściłem zakrwawiony oręż i osunąłem się na kolana. Znowu zacząłem wymiękać, a do oczu zaczęły napływać słone krople. No rozryczałem się znowu jak bóbr nie będę was okłamywał. Szlochałem jak pizda, znałem ich całe życie. Drżącymi rękoma wyciągnąłem papierosy. Zaciągałem się i płakałem, wypuszczałem dym i kasłałem. Znowu to czarne gówno z płuc chciało wydostać się na zewnątrz. Ogarnij się. Nie możesz przecież siedzieć i wyć! Od razu palnij sobie w łeb!

Zorientowałem się, że nie mam kluczy do swojego mieszkania. Rychło kurwa w czas. Pardąsik – przeprosiła skleroza. Raz jeszcze zajrzałem do skrzynki powieszonej przy domofonie. Wśród pęków brzęczących kluczy dostrzegłem charakterystyczny, skórzany futerał mojego ojca. Układ sąsiedzki działał w dwie strony. Zapewne zapytacie: czemu nie zabrałeś kluczy z domu? Odpowiadam: A bo ja wiedziałem co się stanie po drodze i że tu wyląduję?!

Zamknąłem za sobą drzwi i przekręciłem klucz. Odpoczywajcie. Nikt wam już nie zakłóci spokoju.
M4 otwarte było na oścież. Zajrzałem do środka. Widać było, że szabrownicy zrobili swoje. Tym razem bez niespodzianek, zwłok i masakry. Myślę, że warto będzie tutaj trochę pomyszkować. Swoją drogą ciekawa sprawa. Zawsze toczyliśmy walkę o to, że a to drzwi od klatki były nie zamknięte i w konsekwencji do kogoś się włamano, a to nie przymykano drzwi do domu bo „tu mieszkają swoii”. I tak o to M1 zamknięte i zakładam, że nie tknięte i moje M3 także zaryglowane na cztery spusty.

Dreszcz przeszedł po moim ciele. Strach, niepewność, obawa. Co zobaczę w środku. Tysiące myśli, absolutny brak skupienia i słońce, które zniknęło już za horyzontem. Z zewnątrz słychać było głośniejsze zawodzenie szwędaczy i wyraźne poruszenie. Nad koronami drzew można było dostrzec niewyraźną obręcz księżyca. Górny zamek otwarty. Znowu można było zobaczyć biegające cienie. Niektóre z nich odbijały się od ścian okolicznych zabudowań. Dolny, również puścił „na dwa”.

Położyłem rękę na klamce, delikatnie dociskając ją do dołu.
Drzwi odskoczyły od futryny.
Drugie nigdy nie były zamykane.

Otwarte zatrzymały się na ścianie…

Quo Vadis?

Janusz śmierdział niemiłosiernie. Zresztą w całym pomieszczeniu śmierdziało truchłem, moczem i starymi ludźmi. Wczoraj mi to nie przeszkadzało. Ewidetnie strach, głód i pragnienie zdominowały wszelki dyskomfort. Dziś nie jestem w stanie przełknąć nawet kęsa a dodatkowo zbiera mi się na wymioty.
Do znalezionego plecaka wsadziłem januszowe ogóraski i kilka innych weków a do butelek rozlałem wodę po ogórkach. Nie będę wam zdradzał szczegółów ale na mnie te specyfiki działają hmmm… oczyszczająco. Dlatego też dodałem swoje trzy grosze do ogólnego fetoru przed opuszczeniem schronienia. Warto wspomnieć też o tym, że udało mi się wygrzebać solidny łom. Lepszy rydz niż nic, narzędzie dość uniwersalne. Sprawdzi się a na jego przydatność nie trzeba było długo czekać.

Jeden zabłąkany szwędacz postanowił zajrzeć przez okno kiedy krzątałem się po piwnicy. Chwyciłem za oręż i niczym Rick „Fooood” Grimes przebiłem mu czaszkę na wysokości płata czołowego. Koniec rękojeści przeszedł na wylot. Nawet nie piuknął. „No Janusz będziesz miał towarzystwo.” – pomyślałem wciągając zwłoki do środka. Przeszperałem kieszenie ale poza dokumentami, portfelem i połową paczki fajek (dzięki ci losie!) nic więcej nie było. Raz jeszcze sprawdziłem czy jestem gotowy do opuszczenia miejsca. Weki są, picie jest, fajki w bonusie też. Przyodziałem myśliwską kurtkę w barwach moro, zarzuciłem plecak na ramię i wypełzłem przez okiennice na zewnątrz. „Trzymaj się Janusz. Dzięki za gościnę!”. I znowu cham nie odpowiedział…

Szedłem przed siebie zasłuchując się w szum wiatru i szelest pojedynczych liści, które ostały się na drzewach. Dobrze, że udało znaleźć mi się kurtkę bo nie ukrywam, że za ciepło to nie jest. Zapalenie płuc czy inne przypadłości nie są mi teraz potrzebne. Znowu czułem się jakbym przemierzał Prypeć a jedyne czego brakowało mi to bycia stalkerem to licznik Geigera i maska gazowa na twarzy. Ta cisza była przerażająca. Dawniej Retkinia była dżunglą, ludzie mieszkający przy ulicy mieli problem żeby się wyspać nie wspominając o tych co mieszkali przy sklepach monopolowych. W tej chwili widzimy tylko rudery, graffiti wykonanie z krwi denatów i miejscowe pożary. Obraz nędzy i rozpaczy. Nicość i codzienność prowadząca donikąd. „Quo Vadis JeffreJ?” pytałem sam siebie. Wtedy mnie olśniło…

komis

Za czasów komuny i stanu wojennego powstał budynek z przeznaczeniem dla odziałów ZOMO, który znajduje się około tysiąca metrów od mojego obecnego miejsca pobytu. Trafiłbym tam z zamkniętymi oczami, w końcu moja droga powrotna ze szkoły. Wizja opancerzonych zombie nie napawała optymizmem. Niestety w obecnej sytuacji nie ma czasu na myślenie ani racjonalne decyzje. Albo ryzykujesz aby przeżyć albo wybieraj gałąź i solidny sznur. Proste.

W wyniku panującej ciszy można było odnieść wrażenie, że każdy krok był niczym tąpnięcie słonia. Słychać było echo stawianych przezemnie kroków. Mijałem rozszarpane ciała, kałuże krwi i porozwlekane wnętrzności cały czas kontrolując, czy któryś z umarlaków nie podąża moim śladem. Przy ostatniej klatce leżał jeden z nich złamany w pół. Dosłownie. Gdy tylko dojrzał mnie na horyzoncie zaczął drapać po betonie aby doczołgać się do moich nóg. Mogłem stać, patrzeć i śmiać mu się w twarz ponieważ nie miał możliwości ruszenia się nawet o milimetr. Tak zrobiło mi się żal biedaka, że postanowiłem raz jeszcze sprawdzić użyteczność łomu skracając jego bezwiedne cierpienie. Fokus powiedział kiedyś, że „człowiek skonstruowany jest tak by się dostosowywać”. Częściowo udała mi się ta sztuka. Pogodziłem się z wszechobecną masakrą, oswoiłem z drastycznymi widokami a ze spanikowanego chłopca, który nieudolnie szarpał się ze staruszką powstrzymując od wymiotów stałem się zdesperowanym skurwysynem. Dlaczego zatem uważam, że udało mi się to tylko częściowo? Ze względu na uczucia, zarówno żalu jak i miłości, o której cały czas przypominało mi serce. I na tym polegała moja słabość, bo często te uczucia doprowadzały do łez i błędnych decyzji. Tak jak w tej chwili. Ze świadomością, że zombie nie jest już człowiekiem jednak zatrzymałem się po to by dobić delikwenta. Powinienem przejść obojętnie, olać sprawę, nie ryzykować to nie! Musiałem się ulitować. Po co? Dlaczego? Co to zmienia? I o tym właśnie mówię…

14894551_1099080346813642_1006858742_o

Dotarłem do niestrzeżonego przejazdu kolejowego mijając szwędające się lub konsumujące zwłoki truchła. Większość była tak zajęta wygrzebywaniem kolejnych organów wewnętrznych, że nawet nie zauważyły jak przechodzę obok. Popatrzyłem na automatyczne szlabany, które już nigdy miały nie opaść. Odruchowo spojrzałem w lewą i prawą stronę jakbym spodziewał się nadjeżdżającego pociągu, który też już nigdy miał nie nadjechać. Mgła widoczna po obu końcach torowiska sprawiała wrażenie mlecznego tunelu przesłaniającego horyzont. Zarówno piękny jak i przerażający widok w połączeniu ze świadomością obecnego stanu rzeczy. Po drugiej stronie torowiska zza drzew wyłoniła się wspomniana wcześniej jednostka prewencji. Niestety zobaczyłem to czego nie chciałem widzieć i czego obawiałem się najbardziej…

14875079_1099080490146961_2084970999_n

Umundurowane i opancerzone truposze całkowicie zdominowały teren jednostki. Ktoś patrząc na to z boku mógłby powiedzieć, że wejście do środka graniczyło by z cudem. Dwie sprawy. 1. Nie wierzę w cuda. 2. W tym świecie cuda nie istnieją. Nawet moje skakanie przez okno nie było dla mnie cudem tylko ryzykiem z odrobiną szczęścia. Z kolei jak ktoś nagle pojawiłby się z piwem i rozmnożył je na kilka puszek albo zamienił na flaszkę to tak! To byłby cud!

Na parkingu roiło się od szwędaczy. Rozbijali się o radiowozy dodając solidną dozę czerwieni do niebiesko białych barw. Inni odrywali ofiarom kończyny i wyrywali je sobie z rąk byle jak najszybciej zatopić zęby i zaspokoić niesłabnący głód. Jeden z funkcjonariuszy zaplątał się w jelita i padł na ziemię roztrzaskując sobie głowę. Na tyłach unosił się dym. W tym całym zamyśleniu i gadaniu samemu do siebie gdzieś mi to umknęło. Dźwięk tłuczonego szkła, coś gruchnęło, coś strzeliło. Chaos nie do okiełznania. Pojedyncze jednostki wypadały przez okno z pierwszego piętra. Najmniej uszkodzone ciała „otrzepały się” i poszły dalej. Żadnych szans. Marzenia o militarnym zaopatrzeniu poszły się jebać jak Sasha Grey na szczycie swojej kariery.

Pomyślałem o swoim rodzinnym domu. Dzieliły mnie od niego jakieś dwa może trzy kilometry. Dzień jeszcze młody więc jeśli uniknę przygód dotrę tam w ciągu niecałej godziny spokojnego kroku. Z przydrożnych krzaków wyłonił się obdartus. Wyciągnął przed siebie rękę drepcząc w moim kierunku. Po chwili padł na kolana. Miotnęło nim kilka razy i po kilku ruchach na czworaka ponownie stanął na nogi. „Głodny?” – mruknąłem pod nosem. Wtedy pojawił się kolejny. Wyczóły mnie i zaczęły wychodzić z okolicznych działek. „Smacznego bydlaku”. Trafiłem idealnie. Czaszka pękła na kawałki, mózg rozlał się na ulicy. „Który następny w kolejce?!”. Boom! Minus dwa. „Ty też chętny?”. Nie trafiłem czysto. Żuchwa oderwała się i pofrunęła kilka metrów dalej zostawiając za sobą stróżki krwi. Drugi raz się nie pomyliłem. Ale dziadoków wciąż przybywało. „Na mnie już czas” – pomyślałem ostatni raz zerkając na komisariat. Niczym Bruce Willis zgrywając kozaka wyciągnąłem papierosa, przypaliłem go zapałką i soczyście się zaciągnąłem. Cudowne uczucie. Wolnym krokiem ruszyłem przed siebie. Ale już nie w kierunku nicości. Teraz gdyby ktoś zapytał „Quo Vadis JeffreJ?” odpowiedziałbym: do domu. Jakkolwiek to brzmi idę do domu…

14876236_1099080330146977_129471474_o

Kolacja z Januszem

W uszach dzwoniło mi niemiłosiernie. Z obdrapanych rąk sączyła się krew, a plecy bolały tak jakby Ci ktoś kijem zajechał w myśl teorii Stefana „Siary” Siarzewskiego. Wszędzie unosił się smród spalenizny, a łuna pożarowa rozpostarła się po okolicznych blokach. Leżałem obolały, zakopany pod liśćmi w krzakach na których wylądowałem. Mimo pisku, który zagnieździł się wewnątrz mojej czaszki, słyszałem pojedyncze krzyki i wrzaski, które mieszały się z dudniącym odgłosem dziesiątek stóp. I choć chętnie wygiąłbym się w pół, przetarł twarz i wymasował obolałe miejsca leżałem zwinięty w kłębek bojąc się ruszyć nawet najmniejszym palcem. Na szczytach bloków przemykały człekokształtne cienie, które w miarę możliwości starałem się liczyć. Oczywiście było to bezsensowne i przy około dziesięciu straciłem rachubę. Cały tabun tego nieumarłego gówna wpakował się do klatki schodowej i myśląc trzeźwo zapewne ślepo pognał na górę.
Usłyszałem nad sobą krzyk. Nim zdążyłem odwrócić głowę, kula ognia gruchnęła tuż obok mnie. Wśród charakterystycznych dla ognia głuchych odgłosów, można było usłyszeć trzask łamanych kości. Biedak skoczył na nogi. Z płomieni wyłoniła się ręka. Wbiła palce w ziemię z taką siłą, aby podciągnąć ciało. Było zbyt zmasakrowane, a popalone struny głosowe jedynie umożliwiały charczenie. Ale ten skurwiel wciąż żył i robił wszystko, żeby chociaż mnie musnąć. Chwila nieuwagi, kolejny huk. Drugi spadł kilka centymetrów obok. Ten chociaż nie drgnął po upadku. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że te losowe skurwysyny biegają, a wzmożoną aktywność do sprintu zaobserwowaliśmy z Marcinem po zachodzie słońca. Właśnie… Marcin… Spojrzałem z żalem ku górze. Tam został. Tam skończyła się nasza przyjaźń. Tam widziałem go po raz ostatni zanim przedarł się przez płonienie próbując zabrać mnie ze sobą. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie mój czas przyjacielu. Odpoczywaj pełniąc służbę w Królestwie Niebieskim.
Unikając paralitycznych chwytów spalonego truchła zacząłem się czołgać. Ręką odgarnąłem gałęzie aby ocenić sytuację. W mojej głowie dominowała jedna myśl: chcę do domu. Ale nie do swojego, dorosłego i samodzielnego domostwa. Do matki i ojca, do domu rodzinnego oddalonego około 3 klinometrów stąd. Tam będę mógł odejść w spokoju. Nie wierzę już nawet w to, że moja Kobieta jeszcze żyje ale to już było. Jedno jest pewne: albo sam skończę ze sobą, albo zginę w walce.

giphy-facebook_s

z trudem podniosłem się do pozycji przykucu. Miałem tylko jedną możliwość: biec przed siebie. Na oślep szukając jakiegoś pomieszczenia. Wyczerpany, niedożywiony i odwodniony mogłem liczyć tylko na swoją potęgę podświadomości i wmawiać sobie, że dam radę. Bez dłuższego zastanawiania ruszyłem ile sił w płucach i nogach.
Początek miałem naprawdę dobry. Zostawiłem cały peleton nieumarłych za sobą biegnąc pod oknami. Gdy spojrzałem za siebie jeden z nich wskoczył ma maskę samochodu, rozłożył ręce i ryknął niczym tarzan po środku dżungli. Te gnoje naprawdę się komunikują, bo chwilę później kilkunastu wybiegło z klatki, zebrało się wokół nawołującego delikwenta i ruszyło za mną w pogoń. Oczywiście nie wszyscy dysponowali taką koordynacją ruchową jak ja ale jeden atut przemawiał za nimi grzebiąc mnie głęboko pod ziemią: oni się nie męczą. Ja z kolei już przeklinałem kilkunastoletnie palenie papierosów. W myśl teorii „PALENIE ZABIJA” to ostrzeżenie zawarte na pudełku było bliższe rzeczywistości niż kiedykolwiek wcześniej.
Dwóch pojawiło się z przodu. Wystawiłem rękę i z pełnym impetem w wrestlingowym stylu trafiłem na wysokości szyi. Wykręcił w powietrzu coś na wzór salta i zarył o beton. Drugiego odepchnąłem a „szczęście” znów się do mnie uśmiechnęło. Trafił w samochód. Natychmiast uruchomił się alarm. Niedoszły zapaśnik już stał na nogach i ponownie ruszył w moją stronę. Napiąłem mięśnie i twardo stanąłem na nogach. Zrobiłem unik zostawiając za sobą lewą nogę, gdyż ta zawsze była silniejsza. Ponownie to ja byłem górą, a zmiażdżenie czaszki tą samą nogą uniemożliwiło ponowne podniesienie się po knockdownie. Adrenalina zabuzowała w żyłach. Poczułem niesamowity zastrzyk energii i ponownie poczułem się jak Usain Bolt. Gnałem na oślep słysząc za sobą odgłosy zwiastujące szybką i bolesną śmierć. Bałem się odwrócić aby ocenić zagrożenie. Wiem, że odległość między mną a sprinterami była pokaźna. Nie mniej przypominam raz jeszcze: oni się nie męczą. Także cała moja przewaga była krótko mówiąc „o kant dupy rozbić”.
Kiedy minąłem dwa bloki zacząłem opadać z sił. Dopiero wtedy zdobyłem się na odwagę by spojrzeć za siebie. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby dresy (zwani potocznie patriotami i obrońcami demokracji) urządzili sobie polowanie na wypłoszonego wymoczka z przeciwnego klubu piłkarskiego. Zamiast bejsboli, siekier i łańcuchów mieli szczęki, ciała nieodczuwające bólu i upór, który z czasem zanika u żywych.
Podbiegłem do pierwszej z brzegu klatki. Zamknięta a szarpanie na nic się zdało. Druga? Trzecia? To samo. Szlag. Choćbym kopał, szarpał i próbował wyważyć drzwi ani drgnęły. I wtedy dojrzałem „światełko w tunelu”. Na wysokości przedostatniej klatki spostrzegłem uchylone okno prowadzące do piwnicy. Nie zastanawiając się się długo, kopnąłem umiarkowanie w szybę. Okno wpadło do środka a ja przyjmując pół embrionalną pozycję zacząłem tarabanić się do środka. Wyobraźcie to sobie Kochani: małe okienko a przez nie przeciskające się 1,92cm wzrostu i 90KG żywej wagi tłuszczowo – mięśniowej. Komedia co? Przypominam, że mnie wcale do śmiechu nie jest. Zaraz po tym jak przeszły nogi reszta stanowiła formalność. Nie mając jednak, żadnego gruntu pod nogami wpadłem do środka, generując hałas po przez spadające pudła i tłukące się szklane przedmioty. Było ciemno, więc bazowałem tylko na słuchu nie mogą dostrzec własnej ręki wysuniętej tuż przed siebie. Przylgnąłem do ściany i…. czekałem. Na co? Po co? Nie wiem… Może po to by złapać oddech, aczkolwiek przy tym smrodzie jakikolwiek wdech bardziej powodował torsje niż regenerację i uspokojenie akcji serca. Słyszałem jak się zbliżają. Dudnienie za oknem zwiastowało, że są już blisko. Grdyka zamieniła się w serce. Trząsłem się jak osika, nie mogąc opanować strachu. Widziałem ich kątem oka, biegli jeden za drugim. Jeden z nich nachylił się do okna. Warknął, kłapnął zębami i zaczął biec dalej za resztą. Nie wyczuł mnie? To zapewne przez ten smród. Skoro zdecydował się sprawdzić okiennice to znaczy, że… Myślą? Czują…? W nocy zachowują się jak łowcy. Na czym do cholery bazują ich zmysły? Tyle samo pytań ile błędnych odpowiedzi…
Zniknęli… Nie wiem jak to możliwe, ale pobiegli dalej i ślad po nich zaginął. W mojej głowie toczyła się idiotyczna wojna: ruszyć się czy nie? A co? Zamierzasz tak stać? Siedzieć? Leżeć jak ciota i czekać jak cię dopadną? Przejechałem ręką po blacie wymacanego stołu. Coś zagrzechotało. Zapałki zawsze na propsie! Odpaliłem jedną z nich. Wrzasnąłem, przytuliłem się ponownie do ściany a zapałkę upuściłem. Jesteś w szoku Jeff… Ogarnij się wyobraźnia płata ci figle. Odpaliłem kolejną. Moja wyobraźnia ma się dobrze ale gorzej z żołądkiem. W narożniku leżał starszy człowiek z przestrzeloną czaszką. Pistolet musiał być wycelowany w podbródek gdyż po środku czaszki powstał charakterystyczny dla wylotu kuli tulipan. Na ciele już żerowały muchy a larwy przemieszczały się między nozdrzami a prawym oczodołem. Ekspertem medycyny nie jestem, ale chyba trochę już tu leżał… Dzień dobry… Zdrastfujcie… Priviet… Gadałem bzdury po nosem udając, że witam się z truchłem. Wszystko dla względnego spokoju. Obok leżały klucze. Przyjrzałem się drzwiom. Zamykane od środka. Spokojnie, wyjdziemy z tego. Kiedy wpadałem do środka, zniszczyłem komplet szklanek i kieliszków, które ów właściciel trzymał w piwnicy. Teoretycznie wypadało by przeprosić… Zatem przepraszam. Słyszy mnie Pan? Przepraszam! Nic nie odpowiedział… Cham! Taki Janusz typowy, zwłaszcza, że wąsy jakby świeżo przystrzyżone. Kolejna zapałka. Jestem w raju. Półka pełna weków! Czego tu nie ma Chryste – który nie istniejesz – Panie! Ogóreczki kiszone, małosolne, papryka, grzybki, dżemiki! Chwyciłem pierwszy lepszy słoik zamarynowanej mazi. Śliwki! Wsadziłem łapę do środka, wyciągnąłem i niczym Kubuś Puchatek z miodkiem zacząłem oblizywać palce. Wyciągałem dżem garściami i jadłem ze smakiem jak wygłodzona ofiara wojny. Nawet zapach i obecność zwłok właściciela nie przeszkadzały mi w konsumpcji. Ale Janusz jakoś mnie rozpraszał i wyglądał nieestetycznie. Po opróżnieniu pierwszego słoika złapałem koc, który znalazłem wśród licznych szat i szpargałów i przykryłem Janusza od pasa w górę. Przy okazji postawiłem też krok na Glocku, który leżał przy zwłokach. Byłem w takim szoku, że nawet nie skojarzyłem racjonalnie faktów, że skoro gość z dziurą w głowie leży pod ścianą to giwera gdzieś musi być. Drzwi przecież były/są zamknięte od środka. Mniejsza. Wyciągnąłem magazynek i sprawdziłem komorę. Pusto. Gość musiał mieć jeden pocisk, przygotowany na własną egzekucję. I tu pojawia się magiczne pytanie: brać czy nie brać. Broń to zawsze broń u nas w Polsce generalnie niedostępna i nielegalna. Nie mniej jednak bez amunicji jest bezużytecznym bagażem. Zresztą domyślam się jak może obecnie wyglądać komisariat policji. Graliście w Resident Evil i przemieszczaliście się przez Racoon City aż dotarliście do komisu? Tak, dokładnie tam gdzie wyskoczył na was Nemesis. No więc właśnie…

dawn-of-the-dead1

Siedzę pod ścianą. Pomieszczenie delikatnie oświetla płonień, wydobywający się ze znalezionej lampy naftowej. Obok ja: szamający słoik ogórków kiszonych, popijający je wodą w której leżały. Janusz nadal się do mnie nie odzywa i wątpię by to się zmieniło. Zakładam, że niedługo wzejdzie słońce ale co z tego… Kolejny dzień walki o życie, pozbawiony sensu i jakiejkolwiek perspektywy. I wciąż powracająca myśli aby na przekór wszystkiemu i wszystkim trafić do Rozprzy oddalonej blisko 60km od Łodzi. Tylko czym? Jak? Z kim? Pomyślę jutro bo oczy mi się zamykają. Jutro… Pff… Później. Pomyślę PÓŹNIEJ bo jutro może nie nadejść.

Parkour Dla Ubogich

bloog

Wśród krzyków usłyszeliśmy głośny huk. Zapewne drzwi, ciśnięte o ścianę, zatrzymały się na półpiętrze. Widać było jak pozostałe skrzydło wygina się pod naporem napastników, a na drewnianej konstrukcji pojawiły się pierwsze pajęczyny pęknięć. Trzymaliśmy je ile sił w rękach i nogach. Siłowo naprawdę dawaliśmy radę. To wiekowe drzwi zaraz po zombie były naszym największym przeciwnikiem. I tak oto z każdym kolejnym uderzeniem zadawałem sobie pytanie: czy to już jest koniec? Czy po tym wszystkim co przeszedłem Bóg dziś ma zamiar zabrać mnie do siebie? Jaki Bóg, co ja pieprze… PIEPRZONY OLEWATOR! Zresztą co mi zależy i tak kiedy głębiej zastanowię się nad swoim życiem, otwarcie stwierdzam, że bramy niebios dla mnie już dawno zostały zamknięte. W piekle natomiast będę się czuł jak ryba w wodzie razem z towarzyszącym mi Sukkubem. STOP. Czy ja powiedziałem w piekle?

- Wytrzymaj! – krzyknąłem odklejając się drzwi. Podbiegłem w kierunku balkonu. Na dole utworzyło się kółko wzajemnej adoracji, machające wyciągniętymi łapami jak na koncercie Eminema. Ogień dogasał a ja czułem, że jestem zdesperowany i gotowy na wszystko. Roztrzaskałem taboret o betonową ścianę. Chwyciłem koszulkę. i sprawnym ruchem rozerwałem ją na torsie niczym Pudzian w akompaniamencie utworu „Dawaj na ring!”. Zawsze chciałem to zrobić… Owinąłem szmaty wokół drewnianej nogi a całość zanurzyłem w żarze. Materiał zajął się w ułamku sekund. Trzymając w ręku pochodnie wróciłem do przedpokoju.

- Jesteś w stanie uchylić drzwi na tyle aby nie dostały się do środka?!
- Na tyle to znaczy na ile?!
- Na tyle, żebym spalił tych skurwieli!
- Chodź tu bliżej!

Marcin z grymasem zmęczenia na twarzy zmienił ułożenie, aby chwycić za klamkę. Spojrzał na mnie tak, jakby patrzył po raz ostatni. Skinął głową. Odwzajemniłem. Raz… Dwa… Trzy…

I wtedy czas niemalże się zatrzymał. Drzwi z ogromną siłą otworzyły się na oścież odrzucając nas do tyłu. Marcin w teatralny sposób odbił się od osadzonej w przedpokoju szafy. Prowizoryczna pochodnia upadła na ziemię podpalając zakrwawioną wykładzinę. Kilku z nich od razu wparowało do środka ruszając w naszych kierunkach. Utknąłem między kuchnią a przedpokojem bez jakiejkolwiek szansy na ucieczkę. Dwóch od razu dopadło do Marcina. Wykorzystując swoją sprawność wyrwał się z uścisku i odepchnął napastników. Płomienie rozrzeszyły się do takiego stopnia, że całkowicie zagrodziły przejście między kuchnią a pokojem.

- Jeff! – usłyszałem, gdzieś z końca pokoju. – Jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeef! – tym razem głośniej i bardziej rozpaczliwie. Krzyk, zawodzenie, jazgot… Nie wiem jak właściwie opisać to co słyszałem. Zakryłem twarz ręką aby zminimalizować wdychany dym. Wtedy zobaczyłem w płomieniach stojącą postać. Szła w moim kierunku niezdarnie wysuwając rękę do przodu. Kopnąłem ją w korpus z taką siłą, że wpadła do łazienki. Usłyszałem, krzyk Marcina. To był krzyk, w którym słychać było ból i przerażenie. Nie wiedziałem ilu dostało się do środka ani co się dzieje. Mieszkanie stanęło w płomieniach. Podpalone truchło podniosło się i ponownie ruszyło w moim kierunku. Choć trochę przygasł, ponownie zajął się na wysokości stóp. Czuć było swąd zgnilizny i spalonego mięsa. Ponownie wróciły odruchy wymiotne. Chwyciłem widelec i wbiłem mu prosto w oko. Zawył, jednocześnie chwytając mnie za ramiona. Kilka centymetrów odemnie znajdowała się zwęglona, podtopiona twarz, której połamane zęby chciały zacisnąć się na moim ramieniu. Poprawiłem, wbijając sztuciec ponownie w to samo miejsce. Tym razem upadł.

W środku zrobiło się siwo. Człowiek w obliczu zagrożenia naprawdę jest zdolny do wszystkiego. Doszedłem do wniosku, że wolę skoczyć z okna na główkę niż dać się zjeść bądź spłonąć. Otworzyłem okno. Kiedy dym wydostawał się na zewnątrz, ruch powietrza spowodował rozniecenie płomieni. „A więc tu kończy się moja historia.” – pomyślałem, stając na parapecie. Ale nie miałem odwagi. Czułem, jak cały się trzęsę, ale nie byłem w stanie postawić kolejnego i jednocześnie ostatniego kroku. I wtedy z płomieni wynurzyła się kolejna postać. Czołgał się w moim kierunku, podciągając zakrwawionymi rękoma. Były całe pogryzione, a krew wciąż wydobywała się z ran. Były świeże…

To był Marcin… Twarz zalana krwią, ręce pokąsane z widocznymi ścięgnami i kośćmi. Na plecach ślady po wyrwanych kawałkach mięsa. Lewa stopa odgryziona. Wyciągnął rękę w moim kierunku, patrząc przekrwionymi oczami. W gardle rzęziło z każdym oddechem.

Czułem jak tracę siły. Momentalnie uszło ze mnie całe powietrze i chęć do walki o własne życie. Truchło Marcina, próbujące podnieść się z podłogi, chwyciło za kurek kuchenki. Usłyszałem syknięcie gazu. Za raz po tym kurek urwał się pod ciężarem. Gaz jednak nadal się ulatniał. Dzięki Marcin. To będzie zajebiście bombowe zakończenie naszej wieloletniej przyjaźni. Ale mimo wszystko bałem się. Do takiego stopnia, że sam chciałem zakończyć swoje życie, ale nie tu, nie teraz. Gdzieś w pizdu dalej TYLKO w swojej obecności i TYLKO tak jak JA zechcę. Złapałem się rynny. Oderwałem nogi od parapetu i z trudem chwyciłem ją, przytulając się w strażacki sposób.

- No dawaj Jeff, przecież grałeś w Dying Lighta… Takim tam, parkour dla ubogich. – zamruczałem pod nosem. Zacząłem powoli opuszczać się od najbliższego okna, ulokowanego piętro niżej. Niby drugie piętro to żadna wysokość ale jak gruchnę na plecy to zamiecione. No dawaj no! Strasznie ciężko jest zarzucić nogę na tyle wysoko, aby oprzeć się o talerz satelitarny. Wystarczy tylko… Trzask. Talerz pofrunął na dół na ja z ledwością zdążyłem ponownie chwycić się rynny. Znowu trzask. I kolejny. Kurwa rynna. Zastygłem w bezruchu. Bałem się wykonać jakąkolwiek akcję, gdyż na moich oczach oderwała się główna część mocowania. Nie żywy Marcin doczłapał się do okna. Dostrzegł mnie bez problemu. Nie odrywał wzroku, znów starając się chwycić ręką, choć nie miał ku temu żadnej możliwości. Spojrzałem mu raz jeszcze głęboko w oczy.

Eksplozja wstrząsnęła budynkiem, a wielkie kłęby dymu i płomieni wystrzeliły z mieszkania Gosi, pochłaniając wszystkich i wszystko co zostało w środku. Huk był niesamowity. Zasłoniłem twarz ręką, chroniąc się tym samym oczy przed spadającymi fragmentami szkła. Na parkingu wylądowały pojedyncze fragmenty wyposażenia kuchni i podpalone kawałki mebli. No i stało się. Rynna urwała się do końca i trzymając się jej diabli wie po co tak naprawdę runąłem na dół. Zamknąłem oczy. Szarpnęło mną tak, że zawisłem nad ziemią ze spuszczonymi nogami gdzieś między parterem a pierwszym piętrem. Wszystko za sprawą solidnego drzewa, na którym ów rynna się oparła.

Całość złamała się na wysokości moich rąk.

Runąłem w dół ponownie zamykając oczy.

Zielona Horda

IMG_20160501_120105

Marcin nie był spanikowany. Był wściekły jak rozjuszony sprinter. Jego duma i godność zostały poszarpane i zniesławione.

- Jak amator kurwa! AMATOR! – gadał do siebie, krążąc po pokoju. Czasem kopnął krzesło, czasem w ścianę. Drzwi prowadzące do trzeciego pomieszczenia jako pierwsze padły ofiarą jego gniewu. Leżały na ziemi z rozbitą szybą. która trzeszczała pod butami w trakcie stawania kroków.

- Jak? Jak można dać się tak łatwo podejść? Jak? – dalej cedził przez zęby. Spojrzał mi głęboko w oczy, szukając w nich odpowiedzi.
- Nie mogłeś wiedzieć jak to się skończy.
- Ale jak mogłem mu pozwolić iść za mną do jasnej cholery!

Emocje bywają złym doradcą. Marcin na drugim piętrze usłyszał płacz kobiety. Mówił, że słychać go było już na parterze. Kiedy starał się otworzyć drzwi, ktoś przekręcił zamek od wewnątrz. Po chwili w drzwiach stanął słynny Rysio. Powiedział, że w sypialni leży jego ciężko ranna żona i błagają o jakąkolwiek pomoc. Kiedy Marcin wszedł do środka zobaczył owiniętą kocem dziewczynę z tatuażem. Z wyciągniętą przed siebie bronią zaczął zbliżać się do łóżka. „Pomóż nam..”, wyszeptała błagalnie. Położył jej rękę na czole. Nie miała gorączki. Ale wtedy jej płacz zaczął zmieniać się w coś innego. Z jej struny głosowe wygenerowały perfidny śmiech. Zaraz po tym, nastała ciemność. Gdy Marcin otworzył oczy siedział oparty przy ścianie z lufą wycelowaną między oczy. Ani Rysio a jego bodaj Mariolka już wcale nie byli tacy biedni i zdani na łaskę losu.

Wszystko co założyliśmy skończyło się szybciej niż zaczęło. Tomka i Gosi nie było w mieszkaniu. Sprawdziliśmy każde piętro licząc. Pusto. Jednak Rysio nie kłamał, że byli tu sami. Teraz my zostaliśmy władcami klatki i bloku, zaraz po tym jak nasze auto zniknęło gdzieś w oddali.

***

Słońce zaczęło z wolna równać się z linią horyzontu. Marcin połamał krzesła i stół. Ułożył na balkonie harcerski stożek wypełniając go od środka gazetami. Wyciągnął z kieszeni zapałki. Zagrzechotał pudełkiem przy prawym uchu i położył je na parapecie. Kiedy on zdecydował się zadbać o ciepło i jakiekolwiek źródło światła ja zabrałem się za przeszukiwanie szafek. O jedzeniu i piciu można było tylko pomarzyć. Co prawda mieliśmy butelkę wody, ale dwa Snickersy to tak trochę za mało na dwóch dorosłych chłopów. Zresztą zostałem szczęśliwym właścicielem dwóch batoników, bo Marcin stwierdził, że „nie będzie jadł tego gówna od litościwego cwela i jego labadziary.”. Jak zgłodnieje będzie gadał inaczej – pomyślałem, kładąc batonik koło zapałek.

Sprawdziłem każdą szafkę i zajrzałem w każdy kąt. Widać było, że mieszkanie padło ofiarą łupieżców. Brak jakichkolwiek użytecznych przedmiotów, zdewastowane ściany i wszechobecny bajzel. Zajrzałem pod łóżko, na którym leżała labadziara. Do mojego nosa dotarł zapach, jakiego nie pomyliłbym z żadnym innym. Podobnie jak większość ludzi w moim wieku. Ręką wymacałem niewielkie pudełeczko. Wyciągnąłem je i od razu uchyliłem wieczko. W środku znajdowało się zapakowane trochę suszu i okopcone szkiełko do palenia cygaretek. A teraz powtórzę to jeszcze raz: w trakcie apokalipsy, pozbawiony jedzenia, picia i jakiejkolwiek dalszej perspektywy znalazłem naturalną kochankę Snopp Dogga. Czy tam Snopp Lion’a. Jak zwał tak zwał, teraz to zapewne Snopp Zombiee. Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać, ale odruchowo zanuciłem pod nosem charakterystyczne „Para ra ra raaa”. Jak ja mam do cholerny nie zwariować? Nie mam się czym bronić, co jeść, ale gapiąc się na wszechobecną masakrę mogę nastukać się na balkonie i mieć wszystko w dupie. O żesz kurde…

- Aresztuj mnie. – zażartowałem, podając Marcinowi pudełeczko. Nagle jego frustracja zamieniła się w szczery i napawający optymizmem uśmiech. Zresztą… Jak wy byście zareagowali jakby ktoś dał wam taki prezent? No własnie.
- Powiem ci że… O kurde. – zbaraniał.

On zje tego Snickersa. A i jeszcze po mojego wyciągnie łapę, mówię wam.

Wszechobecną ciemność rozjaśniało nam odrobinę prowizoryczne ognisko przygotowane na balkonie. Było ciepło, przytulnie i niezwykle cicho. Wśród strzelającego od temperatury drewna od czasu do czasu słychać było skrzypiące korony drzew i stukające okiennice. Byliśmy panami sytuacji i miejsca, w którym przebywaliśmy. I po raz pierwszy od X czasu byliśmy w naprawdę dobrym humorze.

- A co jeżeli panienka zombie wpadnie ci w oko? – zapytałem, patrząc na niego przekrwionymi oczami.
- Chuj w to, że nie ma dolnej szczęki. Cycki ma spoko! – roześmiał się Marcin, cytując tekst Słonia. Zachłysnął się dymem i podał mi skręta. Wypuścił dym, który na tle ognia zaczął układać się w różne wzory. I zaczął się śmiać jak idiota.

- Rozumiesz? – z trudem zapytał przez śmiech. – Poznajesz taką, pełne stadium rozkładu, oczodoły i te sprawy ale cycki nietknięte! Totalnie niezainfekowane i gotowe na wszystko haha! No normalnie rozumiesz? Generalnie trup, ale cycki idealne haha!

Nie był już w stanie opanować śmiechu. Dostał takiego ataku, że wszedł do mieszkania, usiadł na fotelu i trzymając się za brzuch walczył z nadmiarem endorfiny.

- To są cycki, one są nieśmiertelne! – usłyszałem przez niedomknięte drzwi balkonowe.

Jemu już wystarczyło. Ściągnąłem ostatnie buchy i strzeliłem końcówką za balkon. Aromatyczny żar leciał, bujany lekkimi falami powietrza. Aż gdzieś na wysokości parteru żar rozpadł się na kilka części. Coś warknęło. Wtedy dostrzegłem dwóch szwędaczy, z których jeden został trafiony przez niedopałek.

- Sadzić! Palić! – krzyczał Marcin.
- Ciszej!
- ZALEGALIZOWAĆ!

Wpadłem do domu i zakryłem mu usta ręką.

- Zadzifvc! Paawlć!
- Marcin zamknij się! Już mi łapę uśliniłeś!
- ZALEGALIZOWAĆ! – wydarł się odpychając rękę.

Nagle rozległ się przerażający krzyk. Niósł się, odbijając od ścian pustych bloków i martwych powierzchni. Marcin w końcu się zamknął. Wybiegłem na balkon i spojrzałem na dół. Pod balkonem stało już pięciu wyciągając ręce ku górze.

- Jeff! – krzyknął Marcin z kuchni. Od razu do niego dołączyłem. W kierunku klatki biegło około kilkunastu truposzy. Ale to naprawdę BIEGŁO. Jeden zatrzymał się i ponownie zawył. Zza bloku wybiegły kolejne.

- Dalej jestem upalony prawda? To jakaś chora faza.
- To nie jest żadna faza, one się tu wedrą!

Część hordy rozpierzchła się, część jak szalona wpadła do klatki. Pobiegliśmy do przedpokoju. Przewróciliśmy szafkę na buty i przystawiliśmy do drzwi. Dudnienie poręczy i krzyki zmierzały ku górze. Dostawiliśmy fotel. Pierwsze uderzenie w drzwi. Za chwilę drugie i trzecie. Takiej dzikości wśród nich jeszcze nie widziałem. Staliśmy jak wryci patrząc na ruszająca się pseudo barykadę. Mimo zamknięcia drzwi na zamek uderzenia były tak silne, że rupiecie zdawały się żyć własnym życiem. Coś trzasnęło. Marcin docisnął drzwi. Znowu trzask. Jakby coś pękło, złamało się… Odgłosy z klatki stały się jeszcze głośniejsze.

- Jeff… One wyrwały je z zawiasów…

Człowiek Człowiekowi Wilkiem

IMG_20160330_094021

Pokrwawieni jechaliśmy gapiąc się przez wybitą szybę. W samochodzie czuliśmy się bezpiecznie. Każdy na swój sposób oczywiście. Bezpieczeństwo wynikało głównie z tego, że w każdej chwili można było dodać gazu, przejechać, rozjechać, wyminąć. Kto co lubi prawda? Jeden będzie jechał spokojnie i omijał napotkane przeszkody. Drugi dociśnie pedał gazu do podłogi i nie będzie patrzył na nic. Nasza mentalność leżała gdzieś po środku.

Odległość jaką mieliśmy do pokonania w normalnych warunkach nieistniejącego już świata zajęła by góra trzy minuty z uwzględnieniem korków. Mimo wszystko nie spieszyło nam się. Przyglądaliśmy się wszystkiemu ze smutkiem i niedowierzaniem. Ściany okolicznych sklepów i budynków były całe we krwi z pojedynczymi odciskami dłoni. Szwędacze, które dostrzegły nasz samochód zaczynały kaleki marsz lub nieudolnie próbowały się czołgać. Było ich mnóstwo. Uwiezieni w sklepach, włóczący się po ulicach. Ciała jak i ich fragmenty porozrzucane na ulicy zdawały się pełnić rolę pachołków jakimi oznacza się roboty drogowe. Gdzieś na wysokości niebieskiego pawilonu Marcin dostrzegł kobietę. Jak wszyscy wokół – poza nami – była martwa. Nieopodal stał dziecięcy wózek. Podeszła do niego i zaczęła mu się dziwnie przyglądać. Wsadziła ręce do środka i oburącz wyciągnęła z niego niewielką kończynę. To chyba była noga. A raczej nóżka… Jedno zaciśnięcie szczęk wystarczyło, żeby kość pękła na pół. I powiem wam, że facet może być wrażliwy. Ba! Jesteśmy wrażliwi! Nawet jeśli uważacie nas drogie Panie za zimnych skurwysynów mamy swoje uczucia, które uaktywniają się właśnie w takich sytuacjach.

- Albo się porzygam, albo się poryczę… – wydusił z siebie Marcin łamiącym się głosem. Ja milczałem, błądząc gdzieś wzorkiem aby widzieć jak najmniej. Swoją drogą ludzka natura jest cholernie perfidna o czym bodaj już wspominałem. Niby nie chcesz patrzeć ale mimo wszystko zeza możesz dostać. Nie ważne, że ci się cofa a łzy same napływają do oczu. Gapisz się w lewo, wzrok ucieka w prawo.

Auto toczyło się dalej.

- O czym myślisz? – zapytałem znając jego wyraz twarzy.
- O tej kobiecie.
- Tej co była przy wózku…
- Nie! – przerwał stanowczo. – O tej co wleciała nam do samochodu przez przednią szybę. Myślałem, że sprinterzy to wymysł filmowy.
- Zombie to wymysł filmowy.

Marcin spojrzał z przekąsem.

- Ok, ok, przepraszam. To BYŁ wymysł filmowy. Już się tak nie czepiaj.

Wjechaliśmy na chodnik zatrzymując się na wysokości klatki schodowej. Jeden z widocznych szwędaczy zaczął nerwowo ruszać głową. Coś jakby węszył. Kłapnął dwa razy zębami i ponownie zaczął zaciągać się zgniłym powietrzem.

- Chyba nas czuje.
- Lepiej, że czuje niż widzi.
- Poczekaj tu.

Marcin otworzył drzwi i cicho wysunął się z samochodu. Kucnął i na ugiętych nogach podszedł do drzwi wiatrołapu.

- Zamek jest wyłamany. – wyszeptał, wskazując palem na drzwi. – Na którym piętrze Gosia mieszka?
- Na trzecim.

Drzwi skrzypnęły lekko w trakcie otwierania. Raz jeszcze, gestem nakazał mi zostać po czym zniknął za drzwiami.

Rozglądałem się uważnie po okolicy mając nadzieję, że dostrzegę kogoś żywego. Wszędzie tylko krew, syf, śmierć, zgnilizna i przemykające pokracznie cienie truposzy. Kiedy otworzyłem schowek na mojej twarzy pojawił się uśmiech, jaki rysuję się tylko na twarzy ciężko uzależnionego palacza. Marlboro Ice Blasty, no kurwa nie wierzę! Generalnie jestem matołem, bo spokojnie mogłem zabrać sobie ze Stodoły cale kartony i zajarać się na śmierć no ale priorytety były inne jak i cała sytuacja. A może nie jestem tak bardzo uzależniony jak mi się wydaje? Co by nie było, choć tu do mnie raczku kochany, niech cię powącham…, myślałem wciskając ikonkę zapalniczki. Gdy ta odbiła uchyliłem lekko szybę, przystawiłem żar i zaciągnąłem się ile sił w płucach. Ooo tak… Tego uczucia nie zrozumieją zdrowi. Każdy buszek, każdy kłębuszek dymu łachotał moje podniebienie, gardło i płuca. I choć świszczało mi już w trakcie oddychania jak astmatykowi ciągnąłem go jak zawodowa prostytutka. W głowie zaszumiało mi konkretnie. Nawet z uśmieszkiem wypuszczałem dym formując z niego kółeczka. Zawsze podobało się to mojej dziewczynie. Taki tam bezużyteczny, barowy talent. Ale pamiętam, że z ePapierosa i fajki wodnej, można było tworzyć naprawdę niezłe wariacje.

- Nikt ci nie mówił kolego, że palenie zabija? – zapytał nieznajomy, męski głos. Spojrzałem w jego kierunku. Marcin wyszedł z klatki z rękoma założonymi za głowę. Z pistoletem przy potylicy każdy zrobił by to samo. Obok nieznajomego stanęła ciemnowłosa kobieta trzymając w rękach kij do golfa. Za piękna nie była, ale ta dziaba na szyi dodawała jej uroku.

IMG_20160330_114417

- A teraz fajeczka za okno i powolutku wysiadasz z wozu. – rozkazał.
- Rób co ci każe. – dopowiedział Marcin.
- Widzisz jakich masz mądrych kolegów? – zapytał złośliwie. – Powoli, powoli… I łapki za głowę, tak jak kolega. Chyba nie chcesz, żeby omsknął mi się palec?

Raczej, że nie chcę. Teraz to już sam nie wiem czego chcę ani czego się spodziewać. Ostrożnie otworzyłem drzwi. Starałem się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Kątem oka spojrzałem na szwędacza. Teraz to już na bank na wyczuł.

- Wolnym krokiem zapraszam do kolegi.
- Nich pan posłucha…
- Ale ja nie mam ochoty cię słuchać.
- Szukamy przyjaciół. Założyliśmy że…
- Nie rozumiesz, że gówno mnie to obchodzi?

Ten dialog nie miał żadnego sensu. Zresztą widać było u niego desperację i zdecydowanie na wszystko. Gdy ustawił nas przy ścianie, dziewczyna zaczęła kierować się w stronę szwędecza. Wzięła zamach i celnym uderzeniem w łeb powaliła truposza. Zastygł w bezruchu.

- Biedny Zbyszek. Od trzech dni włóczył się bez celu. – wymamrotał.

Podeszła do samochodu. Obejrzała go dokładnie z każdej strony. Wsadziła głowę do środka sprawdzając wnętrze. Przeszperała schowek, zajrzała pod fotele, sprawdziła zawartość siatek.

- Pół baku, kluczyki w stacyjce. Zapasy na tylnym siedzeniu. Można by tym wyżywić sporą rodzinkę. – zameldowała, prostując się.

Facet zmierzył nas wzrokiem.

- Ja bym im odpuściła i tak ich szanse są zerowe.

Brzmi to zajebiście optymistycznie. Nie dość, że ledwo uszliśmy z życiem, to kiedy już dotarliśmy na miejsce musieliśmy trafić na jakiego desperata i jego labadziarę.

- Powiedzcie nam tylko czy…
- Czy co? – przerwał drab. – Czy są tu wasi znajomi? Widzisz ten blok? – zatoczył ręką krąg. – Ten blok to my. Poza nami i wszechobecnym, włóczącym się ścierwem nie ma tu nikogo. Macie pecha jak sam skurwysyn panowie. Teraz, kiedy celuję do was, jednocześnie myślę ile musieliście się natrudzić, żeby tu dotrzeć. Nawet wam współczuję… Serio! Ale co zrobić, że nastały takie czasy, że człowiek, człowiekowi wilkiem? Bez tego nie macie szans im szybciej to zrozumiecie tym lepiej dla was. Ale wiecie co? Jesteśmy wam wdzięczni za dostawę. Po trzech dniach głodówki zeżarłbym nawet was.

Kanibalizm wśród ludzi… Jakby już szwędacze wystarczającego show nam nie zagwarantowały.

- Zapasów jest dużo, możemy się podzielić. Tylko w grupie stanowimy siłę. – zagadnął Marcin.
- Haha! Słyszałaś Mariola? Podzielić się chcą, haha! – chwycił Marcina za kołnierz i stanowczo przycisnął do ściany. – Posłuchaj pajacu, nie będzie żadnego dzielenia rozumiesz? Nie będzie kurwa żadnej grupy. Nie będzie oddawania życia za obcych patafianów a już na pewno nie będzie mi nikt pierdolił takich dyplomatycznych morałów. N-I-K-T! Rozumiesz?

Trudno byłoby nie zrozumieć.

- Mariola pakuj się do auta. – rozkazał cofając się. Ani na moment nie przestawał w nas celować. – Jak wsiądę za kółko ruszycie się dopiero jak odjedziemy. Rozumiemy się?
- Marcin, zrób że coś! – wyszeptałem stanowczo.
- Nie miałem możli…
- Ryj tam jeden z drugim! Zrozumiano?

Skinęliśmy głowami.

Bydlak wsiadł do samochodu, trzasnął drzwiami i odpalił silnik. Uchylił szybę.

- Macie ofiary. – wyrzucił przez okno dwa Snickersy i butelkę wody. – To w ramach podziękowania za trud, jaki towarzyszył wam w zdobyciu tego.

Wrzucił wsteczny i zaczął manewrować. Kilka ruchów kierownicą wystarczyło by pojazd stanął frontem do wyjazdu.

- I pamiętajcie radę Rysia: człowiek, człowiekowi wilkiem!

Nacisnął pedał gazu i nim się zorientowaliśmy zniknął za blokiem.

Złoty Strzał

IMG_20160313_084830

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak czuje się facet, który musi otwarcie przyznać, że się czegoś boi. Wydaje mi się, że w obecnym świecie pozostało niewielu prawdziwych bohaterów, a nawet jeśli takowi gdzieś są idę o zakład, że trzęsą portkami na widok armii nieumarłego ścierwa. Marcin jest idealnym przykładem. Wcześniej absolutnie nic nie było go w stanie złamać, wzruszyć, przestraszyć. Nie raz zdawał się być całkowicie pozbawiony emocji i to pomagało mu w wielu krytycznych sytuacjach. Ale przecież nie jesteśmy robotami. Nie zostaliśmy zaprogramowani ani przeprogramowani. W środku nadal pozostajemy ludźmi. „Nasze serca, pompują krew a łzy są słone”. Kochamy, boimy się…

- I co? – zapytał stając nade mną.
- Marcin, posłuchaj…
- Nie… To ty posłuchaj. – przykucnął. – Boisz się. Wiem to. Nie dlatego, że dajesz to po sobie poznać. Dlatego, że ja też się boję. Nikt nie jest perfekcyjny Jeff, a człowiek w obliczu rosnącej adrenaliny albo dostaje kopa albo totalnego paraliżu. Do których się zaliczasz? Do płaczących pizdeczek? Nie wydaje mi się bo gdyby tak było, zapewne wisiałbyś już pod żyrandolem w domu.

Ten to zawsze potrafił najechać na psychikę drugiego człowieka. On sam był jak chodząca adrenalina. Albo paraliżował, albo dawał konkretnego kopa. Ewentualnie liścia…

Niespodziewanie, solidny plaskacz trafił mnie w lewy policzek. Zaszczypało jak diabli.

- Zwariowałeś?!

Kolejny trafił z przeciwnej strony. Zaszczypało jeszcze bardziej.

- Rozumiesz?
- Zrób to jeszcze raz…

Zrobił.

Gwałtownie zerwałem się z ziemi, chwyciłem go za ramiona i z niewyobrażalną siłą popchnąłem na ladę.

- Już? To wszystko na co cię stać?

Szybkim krokiem znalazłem się tuż przed nim. Kiedy zaciśnięta pięść zmierzała w jego kierunku uchylił się. Od razu wykorzystał zmarnowany impet, złapał za rękę, podstawił haka i sprowadził na ziemię dociskając twarz do podłogi.

- I o tym właśnie mówię misiek! Taki masz być na zewnątrz!

* * *

Staliśmy blisko drzwi. Przy wejściu było ich około siedmiu. Patrząc dalej, było już tylko gorzej. Ściskałem w ręku klucz. Na lewym łokciu wisiały zapakowane prowiantem siatki. Marcin schował broń do kabury sprawdzając mocowanie.

- Daj mi go. – wystawił rękę.
- A czym przepraszam mam się bronić?
- Niczym. Ja utoruję nam drogę. Wrzucamy rzeczy do auta i spieprzamy stąd.

Nie zamierzałem się kłócić ani przeciwstawiać.

- Jesteś gotowy?

Skinąłem kłamliwie.

Marcin zaparł się i przepchnął lodówkę. Chwycił wystającą rękę i przez wybitą szybę częściowo wciągnął napastnika. Trafił bo w potylicę z takim impetem, że czaszka dosłownie pękła na pół, a ciało nabiło się na pozostałe kawałki szyby.

- Jazda! – krzyknął, kopnięciem otwierając drzwi. Ci, którzy stali za nimi odlecieli na kilka metrów.

Chwycił klucz oburącz i z bejsbolową precyzją pozbawił łba kolejnego. Było ich trzydziestu, może więcej. Wszyscy równocześnie zwrócili się w naszą stroną.
Zaczęliśmy biec. Marcin wziął na siebie całą odpowiedzialność, za ofensywę. Byłem tuż za nim, gdy odpychał i okładał kolejnych. Bezmózgie ciała walały się pod nogami. Część z nich brodziła w kałuży krwi, część wstawała niewzruszona siłą ciosów. Nie mniej, co najważniejsze, szliśmy przed siebie. Marcin kontynuował masakrę. Kiedy jeden zaczął wstawać oparty o samochód, rozpędził się i rozgniótł mu czaszkę podeszwą. Wytarł but o chodnik pozbywając się przyklejonych fragmentów kości i mózgu. Wbrew pozorom mieliśmy nad nimi dużą przewagę. Przede wszystkim byliśmy szybsi. Znacznie szybsi niż oni. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że tak łatwo ich ominąć. Człowiek w obliczu strachu nie myśli racjonalnie. Skoro ma świadomość, że jeśli coś zagraża jego życiu to nie ucieka przed zagrożeniem lecz stara się je wyeliminować. W tym przypadku na wieki, wieków.
Amen.

Dotarliśmy do auta. Cisnąłem siatki na tylne siedzenie i błyskawicznie zająłem frontowe miejsce pasażera, zatrzaskując drzwi. Do szyby przywarło dwóch. Obleśne mordy kłapały zębami chcąc przegryźć szybę. Ostatniej z ofiar Marcin rozłupał głowę o beton.

- Wsiadaj do cholery! – krzyknąłem z paniką w głosie. Nie ustępowali nawet na chwilę. Wysmarowali szybę krwistymi wymiocinami i bliżej nieokreśloną żółcią. Otwarte dłonie zamieniły się w pięści, próbujące przebić się przez szklaną barykadę.
W trakcie wsiadania do auta, jeden z czołgaczy chwycił go za nogę. Uparte bydle nie chciało puścić. Usiadł na fotelu kierowcy i zaczął kopać go po twarzy. Widać było jak szczęka zmienia swoje ułożenie, zęby sypią się pod nogi a nos zagłębia w twarzoczaszce. Złapał za klamkę. Przytrzasnął go raz. Potem drugi i trzeci. W wyniku złamania na wysokości łokcia uścisk zwolnił się. Raz jeszcze wymierzył mu w twarz solidnego kopniaka i z hukiem trzasnął drzwiami.

- Kluczyki!
- Jakie kluczyki!
- Kluczyki od auta kurwa! – krzyczał nerwowo macając się po kieszeniach.
- Każesz nam wyłazić na pewną śmierć po czym oznajmiasz, że nie masz kluczyków?!

Nie odpowiedział. Wysiadł z samochodu i pobiegł w kierunku sklepu. Nie walczył. Omijał wszystko i wszystkich. Przy wejściu jeden z nich chwycił go za ramię. Od razu wykręcił mu nadgarstek, złapał za łeb i ściągając do dołu trafił kolanem. Szkolenia robią swoje.
Wystrzelił stamtąd jak z procy i w ułamku sekundy siedział już koło mnie, wkładając kluczyki w stacyjkę. Auto zamruczało i weszło na obroty. Ustawił drążek na wsteczny bieg i ruszył. Taranowaliśmy każdego. Opel podskakiwał na wykręcających się pod nim zwłokach, zostawiając za sobą krwawy ślad. Wtem w całym tym zamieszaniu dostrzegliśmy biegnącą kobietę. Pędziła w naszym kierunku ile sił w nogach. Marcin otworzył szybę.

- Dawaj na koniec ulicy! – krzyknął machając ręką z pojazdu.
- Oszalałeś. Po co nam obcy?
- A gdybyś ty dla kogoś był takim obcym jak ona teraz?
- Ale to nie znaczy, że mamy ufać każdemu napotkanemu…
- Nie ufam każdemu napotkanemu! To Polska! Nie Stany Zjednoczone. My mamy broń, ona nie.

Kobieta nie zwalniała tempa. Wbiegła na ulicę i mijając wszystkich napotkanych szwędaczy biegła. Biegła i biegła… W zakrwawionej koszulce, spodniach i przetłuszczonych, zmierzwionych włosach.

- Zostali z tyłu, jesteś bezpieczna!

Biegła…
Biegła…
I biegła…

- Co jest…

Rozpędzona rzuciła się na maskę samochodu, głową przebijając szybę. Odłamki szkła poleciały nam na twarz, raniąc skórę w kilku miejscach. Silnik zgasł. Wydarła się tak głośno, że chciało nam rozsadzić uszy. Szamotała się jak w transie. Złapała mnie za kołnierz i rozdziawiła poranioną twarz. Wierzgała nogami chcą dostać się do środka. Marcin zaczął okładać ją kluczem. Zamachnęła się wytrącając mu oręż z ręki. Trzymała mnie tak mocno, że czułem wbijające się w szyję paznokcie.

- Zabierz to!

Ta siła była wręcz nadnaturalna. Była tak blisko twarzy, że czułem jej każde zgniłe chuchnięcie.

- Marcin!

Strzał.

Zrobiło mi się ciemno przed oczami a w uszach dzwoniło niemiłosiernie. Leżała na mnie z dziurą na wysokości ucha. Marcin wysiadł chwiejnym krokiem, chwycił zwłoki za nogi i ściągnął z maski.

W zwolnionym tempie ponownie odpalił silnik. Popatrzył na mnie wzrokiem naćpanego nastolatka, uśmiechnął się… chyba dla faktu uśmiechnięcia, albo byłem zbyt ogłuszony by odczytać intencje. Włączając radio użył klawisza CD. Gdy przyglądaliśmy się zmierzającym w naszą stronę szwendaczom wczytał się pierwszy utwór.

Welcome to the jungle, we got fun n’ games
We got everything you want, honey we know the names
We are the people that can find, whatever you may need
If you got no money, honey we got your disease.

Ruszył z piskiem.